Część II - Rozdział III >> sobota, 2 lutego 2008 22:14:30
Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam. Jest mi strasznie głupio. Zostawiłam bloga, moje kochane dziecko, na prawie cztery miesiące. Nie miałam weny, ani czasu. Dopiero teraz, za namową wielu ludzi, napisałam notkę.
Pewnie wielu z was juz mnie skreśliło, ale ja nie zamierzam odejść. Doprowadzę tę historię do końca i już! :). Obiecałam to sobie i innym.
Tak więc, zapraszam do czytania. Mam nadzieję, ze się wam spodoba.

Notkę dedykuję Natalii, która suszyła mi o nią głowę przez jakieś trzy miesiące. Dziękuję, bez Ciebie ten blog by zginął :*:*.

Złote promienie wrześniowego, zachodzącego słońca oświetlały korytarze Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Wpadały przez wielkie okna strugami, które zdawały się tańczyć na marmurowej posadzce. Gdzieniegdzie, stykając się z wgięciem bądź szparą w podłodze załamywały się, tworząc różnorodne wzory na ścianach. Widok ten był piękny i doskonale podkreślał magię Hogwartu. Szkoła była pusta. Wszyscy uczniowie jedli jeszcze kolację w Wielkiej Sali, śmiejąc się i rozmawiając. Tylko jedna osoba szła korytarzem. Wysoki, płomiennorudy chłopak, uczeń ostatniej, siódmej klasy wcześniej opuścił salę i zmierzał teraz do znienawidzonego przez większość młodych czarodziejów miejsca w szkole – lochów.
Na twarzy rudzielca malowała się złość. Kończył się dopiero drugi dzień nowego roku szkolnego, a on już zdążył zarobić szlaban. I to nie u byle kogo. Severus Snape, mistrz eliksirów, nakazał mu przez cały tydzień dokładnie o ósmej pojawiać się w swoim gabinecie za, jak to ujął, „Nieelementarne zachowanie w stosunku do kolegi, absolutnie naganne i hańbiące dla ucznia kończącego w tym roku naukę w Hogwarcie”.
- Kolegi… - prychnął chłopak, kopiąc przy tym ze złością niedomknięte drzwi jednej z klas. – Jeszcze tego by brakowało, żebym zaczął nazywać tę pluskwę Malfoya kolegą.
Zszedł po kamiennych schodach i skręcił w drogę prowadzącą do lochów. Tutaj widok nie był już tak sielski jak na innych korytarzach jego ukochanej szkoły. Ciemność panującą w tym miejscu oświetlały jedynie umieszczone gdzieniegdzie pochodnie. W dodatku panowało tu wzbudzające dreszcze i przygnębiające zimno, bez względu na porę roku. Rudzielec mimowolnie się skrzywił. Nie dość, że musiał przychodzić tu dwa razy w tygodniu na dwugodzinną lekcję eliksirów, to dodatkowo teraz zarobił ten przeklęty szlaban. Wiedział, że zaklęcie, które rzucił, w pełni należało się Malfoyowi. Miał niewyparzony język i obrażał wszystkich wokół, żądając dla siebie powszechnego uwielbienia.
Chłopak przystanął, nasłuchując. Z gabinetu profesora eliksirów dochodziły jakieś głosy.
- Wiem Draco, jak trudne jest zadanie, które powierzył tobie, a zarazem mnie Czarny Pan. – mówił Snape.
- Tak, profesorze, i właśnie dlatego do pana przychodzę. – odezwał się głos, który rudzielec tak dobrze znał.
- Malfoy… - szepnął, ale natychmiast umilkł, wsłuchując się w dalszą rozmowę.
- Nie wiem co robić, proszę pana. – ciągnął Draco. – Moje plany nie powodzą się. Jak do tej pory żadne, nawet najmniejsze działanie nie przyniosło rezultatu.
- Musisz być cierpliwy. – Snape z pewnością starał się, ale jego głos był spokojny, ale słychać w nim było nutkę zdenerwowania. – Pracuję nad kolejnym, dużo doskonalszym planem, który mógłby wyeliminować starca i dać Czarnemu Panu wolną drogę do Pottera. Nie zapominaj, że jestem członkiem Zakonu Feniksa.
Ronald Weasley wstrzymał oddech. Oni mówili o Harrym i Dumbledorze!
- Profesorze, a jeśli to również się nie uda? – zapytał Malfoy z paniką w głosie. – On nas zabije! Przecież mówił o tym podczas naszego ostatniego spotkania!
- Uspokój się! – warknął Snape. – Myślisz, że nie zdaję sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które nad nami wisi? Trzeba zachować zimną krew, tego wymaga od nas zadanie! – z gabinetu dochodziły dziwne odgłosy, tak, jakby profesor ze złości i strachu potrząsał Malfoyem.
- D-dobrze. – wychrypiał Draco. – Postaram się
Wyglądało na to, że rozmowa się zakończyła. Ron spojrzał na zegarek. Było już pięć po ósmej. Wziął więc głęboki oddech i zapukał do drzwi.
- Proszę. – odezwał się Snape.
Ron wszedł do lochu.
- Przepraszam za spóźnienie, panie profesorze, ale… - urwał, ponieważ ujrzał Malfoya siedzącego przy biurku. Natychmiast udał zdziwionego tym faktem.
- Na co się patrzysz, Weasley? – zapytał Snape z grymasem na twarzy. – Właśnie rozmawiałem z panem Malfoyem na temat nowych obowiązków jakie czekają go w tym roku, w związku z przyznanym mu tytułem Prefekta Naczelnego.
Kłamstwo, które wymyślił, było bardzo wiarygodne. Ron pomyślał, że na pewno by się na nie nabrał, gdyby nie fakt, że cały czas był za drzwiami.
- Możesz już iść, Draco. Dokończymy naszą rozmowę jutro. – powiedział Snape, obdarzając Malfoya czymś, co w jego mniemaniu miało zapewne przypominać uśmiech.
Draco natychmiast przybrał wyćwiczony, tak dobrze znany Ronowi, ironiczny wyraz twarzy i nawet nie zaszczycając go spojrzeniem, wyszedł z gabinetu.
A co do ciebie, Weasley… - zaczął profesor zimnym głosem. – Za to spóźnienie, chyba spędzisz w moim gabinecie trochę więcej czasu…

****


Ron jak opętany wybiegł z gabinetu Snape’a. Była już jedenasta. Spędził w lochach trzy godziny. Przez cały ten czas siedział i czyścił skorupki ślimaków jak na szpilkach. Nie mógł się doczekać, kiedy opowie wszystko, czego się dowiedział, Harry’emu i Hermionie. Malfoy i Snape w zmowie… Już od dawna to podejrzewał, ale teraz, kiedy był już pewny, zupełnie nie wiedział, co robić.
- Lizus – podał hasło Grubej Damie i gdy tylko portret się odsunął, wbiegł do pokoju wspólnego.
- Nie uwie… - zaczął ale urwał i otworzył szeroko oczy i usta ze zdumienia.
W pokoju wspólnym było prawie pusto. Ogień w kominku już dogasał, na stoliku stała tylko jedna świeca. Jej płomień oświetlał twarz młodej dziewczyny siedzącej w fotelu obok. To właśnie ta osoba sprawiła, że Ron oniemiał.
Hermiona czytała właśnie bardzo ciekawą książkę o transmutacji złożonej. Uwielbiała lektury tego typu, tak więc, niezwykle zaabsorbowana swoim zajęciem, nie zauważyła wchodzącego Rona.
Rudzielec za to cały czas stał przy wejściu, nie odrywając wzroku od dziewczyny. Wyglądała jak anioł. Jej długie, kasztanowe włosy spadały na ramiona, układając się w piękne loki. Na policzkach Hermiony zakwitł lekki rumieniec, brązowe oczy błyszczały delikatnie w świetle świecy. Ron nie mógł sobie darować, że wcześniej nie zauważył jej nieprzeciętnego uroku. Wiedział, że jest bardzo ładna, od dawna mu się podobała, ale dopiero teraz uświadomił sobie, ze czuje do niej coś więcej, niż przyjaźń. Gdyby tylko ona czuła to samo…
Dziewczyna odłożyła książkę i przeciągając się, ziewnęła. Już miała gasić świecę, kiedy dostrzegła wpatrzonego w nią chłopaka.
- O, Ron. Już wróciłeś? – zapytała, uśmiechając się do niego.
Rudzielec otrząsnął się z zamyślenia. Natychmiast przypomniał sobie, co chciał jej powiedzieć. Jej i Harry’emu. No właśnie, Harry’emu. Kłócili się, ale teraz nie było to ważne. Nie po tym, czego się dowiedział.
- Gdzie jest Harry? – zapytał szybko.
- Jak to gdzie? – Hermiona zapalała wszystkie świece w pokoju wspólnym swoją różdżką. – Poszedł spać, blizna znowu go bolała. – spojrzała na przyjaciela ze smutkiem.
- Trzeba go obudzić. Natychmiast. – Ron był zdecydowany, jak nigdy. – Od razu po niego pójdę. Zaczekaj tutaj.
Hermiona była bardzo zdziwiona. Wiedziała, że rudzielec jest śmiertelnie obrażony na Pottera. Musiało stać się coś bardzo ważnego, skoro tak nagle zapomniał o wszystkich urazach.
- Ron, przecież… - zaczęła, ale chłopak uciszył ją machnięciem ręki.
- To bardzo ważne, Hermiono.
Weasley szybko wybiegł z pokoju, zostawiając zaskoczoną przyjaciółkę.
Pobiegł szybko po spiralnych schodach na górę, do dormitorium chłopców. Wpadł tam jak burza, nie dbając o to, że obudzi wszystkich jego mieszkańców. Podszedł do łóżka Harry’ego i rozsunął zasłony. Już miał potrząsać chłopakiem, kiedy nagle zobaczył coś dziwnego.
Twarz Pottera pokrywały kropelki potu. Chłopak drżał, jak gdyby miał wysoką gorączkę. Ron domyślił się, że znowu miał wizję.
- Harry, obudź się. – szepnął, przysiadając na krawędzi łóżka. Delikatnie dotknął ręką jego ramienia.
Chłopak wyrwany ze snu, usiadł, nadal mimowolnie drżąc. Zobaczył przed sobą przestraszoną twarz przyjaciela.
- C-co, co się stało? – zapytał, oddychając ciężko.
Ron patrzył na niego rozszerzonymi ze strachu oczami.
- Znowu miałeś wizję? – jego głos delikatnie się trząsł.
Harry wziął z szafki swoje okulary i założył je. Potem otarł spoconą twarz rękawem od pidżamy.
- Nie… - szepnął. – To nie była wizja. To było coś… on chyba jest zadowolony. Nawet bardzo zadowolony.
Rudzielec przez chwilę siedział bez ruchu i wpatrywał się w przestrzeń niewidzącymi oczami. Aż nagle… wszystko zrozumiał.
- Harry – powiedział dość głośno zrywając się z łóżka i chwytając go za rękaw. – Chodź ze mną na dół. Hermiona tam na nas czeka.
- Ron, jest środek nocy. – Harry próbował położyć się z powrotem, ale nie udawało mu się to. Przyjaciel cały czas go trzymał.
- To naprawdę bardzo ważne.
Chłopak zrozumiał, że Weasley nie żartuje. Z lekkim trudem wygramolił się z łóżka. Kiedy stanął na posadzce, zaszczękał zębami z zimna. Narzucił więc na siebie pierwszy lepszy sweter, włożył stojące obok łóżka kapcie i cichutko, tak, żeby nie obudzić śpiących kolegów, zszedł z Ronem na dół.

Hermiona czekała na nich w pokoju wspólnym. Była lekko podenerwowana. Trochę czasu minęło od kiedy rudzielec pobiegł do swojego dormitorium, żeby obudzić Harry’ego. Ogień w kominku już całkiem wygasł, jedyne oświetlenie dawały teraz zapalone przez nią świece. „Jeżeli okaże się, że ta ważna sprawa jest zwykłą błahostką… zamorduję go” – zaklinała się w myślach dziewczyna. Zerknęła na duży zegar wiszący na ścianie. Dochodziła dwunasta.
- Już jesteśmy. – usłyszała zasapany głos tuż koło swojego ucha. Ron usiadł na fotelu obok niej. Harry przysiadł z drugiej strony. – Sorry, ale mieliśmy małe kłopoty.
- Jak zwykle. Nie potraficie się dogadać. – prychnęła Hermiona. – Może w końcu nam powiesz, co się stało?
- I dlaczego zrywasz mnie z łóżka o tej porze. – dodał Harry.
Ron wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać im całą rozmowę, którą dzisiaj usłyszał. Kiedy doszedł do nowego planu Snape’a, Hermiona pisnęła. Harry spojrzał na nią groźnym wzrokiem.
- I co było dalej? – zapytał Rona.
- Potem wszedłem do gabinetu, a Snape wymyślił pokrętne kłamstewko, że niby gadał z Malfoyem o tym, jak być dobrym prefektem – rudzielec skrzywił się z niesmakiem. – Dobrze, ale wracając do tego, o czym mówili wcześniej, to pomyślałem, że może to mieć związek z twoim dzisiejszym snem.
- Ale jak… - zaczął Harry z dość sceptyczną miną.
- Mówiłeś, że Sam-Wiesz-Kto był bardzo zadowolony. Może to przez ten „doskonały” plan Snape’a?
Twarz Pottera rozjaśniła się. Teraz już dokładnie zrozumiał, o co chodzi Ronowi.
- Harry, myślę, ze powinieneś powiedzieć o tym Dumbledorowi. – odezwała się nagle Hermiona. – Może pójdziesz do niego jutro po śniadaniu?
Chłopak jednak nie zamierzał czekać. Z nadzwyczajną szybkością zerwał się z fotela.
- Muszę iść już teraz. – powiedział. – Nie mogę dopuścić, żeby Snape’owi się powiodło!
To mówiąc, nie zważając na to, która jest godzina, wybiegł z pokoju wspólnego.

****


W dużym, owalnym pomieszczeniu panował półmrok. Dogasające drewno w kominku wydawało z siebie cichy syk, tak, jakby ktoś polewał je wodą. Normalnie byłoby to niemożliwe, jednak to pomieszczenie, kominek, a nawet ogień nie były normalne. Raczej niezwykłe, czarodziejskie…
W pokoju była tylko jedna osoba. Jasnowłosa dziewczyna, zwinięta jak kot, spała w dużym pluszowym fotelu. Przykryta była kocem, a za poduszkę służyła jej książka. Nagle, głośniejszy trzask drewna wyrwał blondynkę ze snu. Usiadła, przecierając zaspane oczy. Jak mogła już drugiego dnia szkoły zasnąć z książką? Wiedziała, że było to jej prawdziwą zmorą w poprzednich latach edukacji. Po prostu nie mogła oderwać się od przygód bohaterów uwielbianych przez nią, brytyjskich kryminałów. Wstała, złożyła koc, wzięła pod pachę książkę i już miała iść do swojej sypialni, kiedy nagle jedno z okien otworzyło się lekko. Kiedy chwilę później zatrzasnęło się z hukiem, na podłodze leżała mała karteczka.
- Poczta? W środku nocy? – zdziwiła się dziewczyna i schyliła się by podnieść kawałek pergaminu. Rozwinęła go.

Colette,

przepraszam, że piszę do Ciebie o tak późnej porze,
ale długo zastanawiałem się, czy powinienem to zrobić.
Cały dzień dzisiaj próbowałem złapać Cię w szkole, ale
znikałaś mi z oczu. Wydaję mi się, że mnie unikasz i nie
wiem, dlaczego. Czyżbyś zapomniała, co łączyło nas
przed wakacjami?
Proszę Cię, spotkajmy się jutro, o 18, w Sali Wejściowej.
Będę czekał.

D.


Colette przeczytała list jeszcze raz i zmięła go w dłoni. W jej oczach zalśniły łzy.

Nie martwcie się. Następną notkę na pewno dodam wcześniej. Nie opuszczę bloga na tak długo po raz drugi.




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."


komentarze [36]

Cześć II - Rozdział II >> środa, 10 października 2007 21:40:16
Ufff. Udało się. Napisałam nową notkę. Początek roku jest dla mnie wyjątkowo straszny, może dlatego, że jestem w trzeciej klasie gimnzajum. Nie mam czasu pisać. W ogóle. W przypływie kilku godzin wolnego czasu cos z siebie wykrzesałam, ale na pewno nie jest to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek stworzyłam. Notka jest zwykła. Ale jest, i to sie liczy.
Odpowiem na pytanie, które mi często zadajecie. Tak, Dumbledore żyje. Napisałam na początku tamtej notki, że nie biore pod uwagę końcówki VI części i całej VII. A jak losy bohaterów potoczą się w mojej historii? Wszystko okaże się w swoim czasie :D

Wysoki blondyn bezceremonialnie wszedł do przedziału.
- Słucham Potter. – powiedział drwiącym głosem.
- Nie twoja sprawa. Mogę mówić co mi się podoba i tobie nic do tego. – warknął Harry, a jego ręka od razu powędrowała do kieszeni.
Malfoy skrzywił się z niesmakiem.
- Potter, Potter jesteś jeszcze bardziej bezczelny niż zwykle. Może to z braku laski tak się w tobie gotuje?
Harry nie zastanawiając się ani chwili wyciągnął różdżkę i skierował nią w Malfoya.
- Przymknij się, bo pożałujesz. – wydyszał.
- Tak? Co mi zrobisz? – Draco nadal bezczelnie wpatrywał się w Harry’ego.
Potter wyglądał tak, jakby miał za chwilę wybuchnąć. Podniósł różdżkę i już miał wypowiadać zaklęcie, kiedy Hermiona chwyciła go za rękę.
- Harry, daj spokój, to zwykły dupek.
- Zamknij się, Granger. Nazywasz mnie dupkiem a sama jesteś zwykłą, plugawą…
Nagle coś błysnęło, świsnęło i zanim Malfoy zdążył cokolwiek zrobić, upadł z hukiem na ziemię. Ron, który do tej pory cicho siedział na swoim miejscu, podszedł do nieruchomego chłopaka.
- Widzisz, niewerbalne zaklęcia czasami się przydają. Nie waż się więcej tak mówić do mojej przyjaciółki, bo spotka Cię coś dużo gorszego. – powiedział i wypchnął go z przedziału.
- Gnida. – mruknął, zatrzaskując drzwi i siadając obok Hermiony.
- Dziękuję, Ron. – szepnęła dziewczyna, całując go w policzek.
Rudzielec zaczerwienił się lekko, ale za chwilę otrząsnął się z otępienia.
- Nie ma sprawy. Należało mu się. – powiedział, a jego głos zabrzmiał nagle bardziej męsko.
- Stary, naprawdę byłeś świetny. Ten atak z zaskoczenia. Nawet się nie zorientował! – odezwał się nagle Harry.
- Dzięki. – rzekł Ron zimnym głosem. – Ale nie musisz mówić tego, czego naprawdę nie myślisz.
- Ron… - zaczał Harry, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo rudzielec demonstracyjnie wyszedł z przedziału.
Hermiona spojrzała na Pottera ze smutkiem i cicho westchnęła. Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie chciała, żeby jej przyjaciele się kłócili, ale z drugiej strony nic nie mogła na to poradzić. Zdawała sobie sprawę, że jeżeli chłopcy się w sobie zatną, nic nie pomoże. Miała jedynie nadzieję, że ich długoletnia przyjaźń przerwa tę ciężką próbę.
- Harry… - odezwała się po chwili. – Ron potrzebuje trochę czasu. Wiesz, jaki on jest…
- Wiem, tylko nie chce słuchać tego, co do niego mówię! I to mnie najbardziej denerwuje.
- Ja cię rozumiem – Hermiona podeszła do chłopaka i poklepała go po plecach. – Ale jeżeli chcesz, żeby między wami było tak, jak dawniej, musisz uzbroić się w cierpliwość.

****


Wielka Sala jak zwykle rozbrzmiewała śmiechem tysiąca osób. Wszyscy byli zadowoleni i cieszyli się z powrotu do szkoły. W końcu mogli spotkać się ze swoimi przyjaciółmi, porozmawiać, wymienić się wrażeniami z wakacji. Niektórzy, tak jak Harry, Ron i Hermiona, przyjechali do Hogwartu już na ostatni rok. Wiedzieli o tym i chcieli jak najwięcej zapamiętać z tej powitalnej uczty. Hermiona, zamyślona jak nigdy, wpatrywała się w sufit, jakby chciała policzyć wszystkie gwiazdy na zaczarowanym niebie.
- Co się dzieje? – szepnął do niej Harry. – Jesteś jakaś nieobecna.
- Jak sobie pomyślę, że za rok już tu nie wrócimy, nie usłyszymy piosenki tiary i nie będziemy obserwować ceremonii przydziału, to mi się robi tak jakoś ciężko na duszy. – powiedziała z westchnieniem.
- Och, nie martw się. Mamy przed sobą jeszcze cały rok.
- Wiem, ale…
- Ciii. – syknęła Ginny siedząca po drugiej stronie stołu. – Dumbledore chce coś powiedzieć.
Harry i Hermiona odwrócili głowy w stronę stołu nauczycielskiego. Dyrektor stał już za nim i uśmiechał się dobrodusznie do uczniów. W jego długiej, srebrnej brodzie, migotało światło. Harry zauważył, że nauczyciel wygląda trochę starzej i bardziej mizernie, niż w zeszłym roku. Wiedział, że to skutek trucizny, którą wypił, kiedy szukał jednego z horkruksów. Miał wielkie szczęście, że udało mu się dostać do gabinetu, mimo śmierciożerców i walki w zamku. Potem spędził prawie cały lipiec w Szpitalu św. Munga. Wyszedł z tego obronną ręką, ale widząc go dzisiaj, Harry był całkowicie pewny, że dyrektor nie jest w tak dobrej formie, jak kiedyś. Tak rozmyślając, Potter nawet nie słuchał, co mówi Dumbledore. Do rzeczywistości przywrócił go dopiero odgłos otwieranych drzwi. Automatycznie odwrócił się w ich stronę. Do sali wszedł Malfoy. Z wysoko podniesioną głową zaczął kroczyć między stołami w stronę Ślizgonów. Nie wyglądał na wesołego. Jego mina wyrażała pewną niepewność, co od razu poprawiło Harry’emu humor. Niestety, na krótko. Do Wielkiej Sali wszedł również Snape. Jak zwykle wyglądał jak stary nietoperz. Obdarzył Harry’ego nienawistnym spojrzeniem i usiadł przy stole nauczycielskim, świdrując uczniów czarnymi oczami.
Potter skierował swój wzrok na Malfoya, który przechodził właśnie koło stołu Gryfonów. Draco popatrzył na Rona jakby chciał go zdeptać i mruknął coś w stylu: „Jeszcze się doigrasz”. Rudzielec dzielnie wytrzymał jego spojrzenie.
- Ron, dlaczego on się tak na ciebie gapił? – zapytał Seamus, który z zainteresowaniem przyglądał się całej tej sytuacji.
- Aaaa potraktowałem go niewerbalnym petrificusem w pociagu. – odpowiedział Weasley, starając się, żeby jego głos zabrzmiał jak najbardziej beztrosko.
- Poważnie? Jak ci się to udało? Ja rozumiem, Harry’emu, ale tobie? – Seamus nawet nie zauważył, jak bardzo naraził się tą wypowiedzią rudzielcowi.
- Tak? – zapytał Ron, a ręka, w której trzymał puchar z dyniowym sokiem niebezpiecznie się zatrzęsła. – To ja już nie mogę na nikogo zaklęcia rzucić? To już takim frajerem jestem?!
Ron, mocno czerwony na twarzy, prawie krzyczał. Inni uczniowie zaczęli oglądać się na niego z wyraźnym zainteresowaniem.
- Ciągle tylko Harry to, Harry tamto… A ty Weasley, idź do diabła! – krzyknął, teraz już całkiem głośno.
Seamus wpatrywał się w rudzielca z szeroko otwartymi ustami i zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. Wtedy do akcji wkroczyła Ginny.
- Może byś się w końcu przymknął, co? – zapytała głośno. – Jakbyś nie zauważył, ludzie na ciebie patrzą, idioto.
W tym momencie Ron się opamiętał. Rozejrzał się wokoło i natychmiast zamilkł, spuszczając głowę. Dopiero teraz zobaczył, jakie zrobił wokół siebie zamieszanie.
- Następnym razem pomyśl, zanim się na kimś wyżyjesz. Nie chcę się potem za ciebie wstydzić. – powiedziała Ginny, dopijając swój sok.
Uczniowie zaczęli wstawać od stołów i kierować się w stronę wyjścia. Podczas kłótni, Gryfoni nawet nie zauważyli, że Dumbledore zakończył już ucztę. Harry, Hermiona i Ron szybko zabrali swoje rzeczy i wyszli z Sali. Wchodzili właśnie schodami na górę, kiedy nagle…
- Weasley! Do mnie! – Snape stał u podnóża schodów i patrzył na nich z drwiącym uśmiechem na ustach. Ron zamarł na chwilę, ale zaraz odwrócił się i podszedł do nauczyciela z wystraszoną miną.
- Masz szlaban, Weasley. – powiedział Snape z miną, która nie wskazywała nic dobrego.
- Ja? – zapytał Ron spokojnie, chociaż miał ochotę krzyczeć ze złości. – Za co?
- Ty już dobrze wiesz, za co. Jutro o ósmej w moim gabinecie.

****


Był wieczór. Młoda dziewczyna o blond włosach, wchodziła po marmurowych schodach do swojej sypialni, w jednej z najwyższych wież pięknego VII-wiecznego zamku. Przekroczyła próg i weszła do dużego pomieszczenia. Stały w nim cztery łóżka z baldachimami. Uśmiechnęła się na ich widok. Była już bardzo zmęczona po całym dniu podróży. Podeszła do stolika stojącego przy jej łóżku i zapaliła świecę. W wątłym świetle płomienia zobaczyła, że jej trzy przyjaciółki już smacznie śpią. Zerknęła na podłogę koło stolika. Jak się spodziewała, stał tam już jej szkolny kufer. Westchnęła cicho i zaczęła rozpinać swoją niebieską sukienkę. W sercu blondynki panował spokój. Od dwóch miesięcy czekała na chwilę, kiedy będzie mogła w końcu wrócić do swojej ukochanej szkoły. Niestety, już ostatni raz. Na razie jednak o tym nie myślała. Najważniejsze było to, co się dzieje tu i teraz. I oczywiście to, co wydarzyło się w wakacje. Wiedziała, że nigdy nie zapomni wspaniałych chwil, które przeżyła w Londynie. Nawet, jeśli miały się już nigdy nie powtórzyć, nie chciała wymazywać ich ze swojej pamięci.
Zdjęła sukienkę i położyła ją w kufrze, wyjmując z niego koszulę nocną. Postanowiła, że rozpakuje się następnego dnia rano. Była już taka zmęczona… Ściągnęła tasiemkę związaną na jasnych włosach i przeczesała je palcami. Z jednej strony, chciała już pójść spać, ale z drugiej, nie mogła przestać patrzeć na swój pokój, który wręcz tańczył w migotliwym świetle świecy. Dziewczyna zgasiła ją jednym dmuchnięciem i położyła się w srebrnej pościeli. Zanim zamknęła oczy, spojrzała jeszcze raz na okno naprzeciwko łóżka, przez które widać było jasny księżyc…
- Witaj w domu, Colette. – szepnęła.

To by było na tyle. Notka nie jest zachwycająca, ale na nic innego nie mogłam sie zdobyć. Mam nadzieję, że mimo wszystko się wam spodoba i bedziecie komentować :).




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."


komentarze [18]

Część II - Rozdział I >> sobota, 1 września 2007 19:33:10
BUM! Jestem! Dodaję nową notkę. Tak sobie, bezczelnie i bez żadnych ostrzeżeń, 1.09.2007r. rozpoczynam drugą część mojego opowiadania.
W tym miejscu chciałabym wszyskich powiadomić, że moje opowiadanie staje się coraz bardziej niekanoniczne. Nie uwzględniam w nim końcówki VI i całej VII części przygód HP. Pisze to, żeby potem nie było żadnych niedomówień. Ja po prostu tworzę swoją własną historię.
Zanim zaczniecie czytać, chciałabym podziękować serdecznie za te 21 komentarzy. Jesteście kochani :).

Było już dobrze po północy. Wysoka, zakapturzona postać, szybkim krokiem przemierzała ulice Colchester*. Wyglądała na zdenerwowaną. Każdy najmniejszy szelest sprawiał, że drżała i odwracała się, oglądając się na wszystkie strony. Często przystawała, nasłuchując. Jednocześnie idąc, stopniowo przyspieszała, jak gdyby bała się, że ktoś ją śledzi. W końcu, po kilkunastu minutach marszu, zatrzymała się przed starym, drewnianym domem. Sprawiał on wrażenie opuszczonego. Powybijane okna, dziurawy dach i ściany, z których już dawno złuszczyła się farba, wyglądały przygnębiająco. Dlatego też ludzie zupełnie nie zwracali uwagi na powoli rozpadającą się budowlę. Przechodzili obok niej, nawet nie spoglądając w jej stronę. Tym bardziej o tak późnej porze na uliczce nie było nikogo. Zakapturzona postać jeszcze raz obejrzała się za siebie i wyjęła z kieszeni różdżkę. Wyciągnęła ją i skierowała na zamek u drzwi mamrocząc pod nosem zaklęcie. Drzwi otworzyły się, skrzypiąc ciężko.
- Wejdź, wejdź… - rozległ się wysoki głos, podobny do syku węża. – Wiem, że to ty. Glizdogonie, przyprowadź gościa.
Niski, korpulentny człowieczek wyszedł na korytarz i gestem zaprosił postać do środka. Młody mężczyzna zrzucił kaptur i przez chwilę wątłe światło zagrało w jego jasnych, wręcz platynowych włosach. Powoli ruszył w kierunku pokoju, z którego przed chwilą dobiegał mrożący krew w żyłach głos.
- Wchodź, nie guzdraj się. – ton głosu wyrażał zniecierpliwienie.
Chłopak przyspieszył kroku, by po chwili upaść na kolana przed fotelem, na którym siedziała wysoka postać w długiej, czarnej szacie. Na poręczy fotela spoczywała jej trupioblada dłoń.
- Wiesz, że nie jestem z ciebie zadowolony, Draco. – rzekła postać.
Chłopak zadrżał mimowolnie i pochylił głowę.
- Wiem, Panie.
- Zasłużyłeś na karę, jednakże daruję ci.
Draco upadł do stóp swego pana i zaczął gwałtownie całować rąbek jego szaty.
- Dzięki Ci, Panie, dzięki. – szeptał.
- Być może powierzyłem ci za trudne zadanie… - zastanawiał się mężczyzna siedzący na fotelu, jakby zupełnie nie zauważał zachowania swojego sługi. - …ale wierzę, że tym razem ci się uda.
- Postaram się, Panie. – młody człowiek wyglądał na przerażonego, ale dzielnie tłumił w sobie emocje.
- Severus z pewnością ci pomoże, prawda, Severusie? – kontynuował Czarny Pan.
Z mroku wyłonił się jeszcze jeden mężczyzna w czarnej szacie z kapturem. Miał on długie, przetłuszczone włosy i haczykowaty nos.
- Oczywiście, zrobię wszystko co każesz, mój Panie. – powiedział cicho.
Na twarzy Czarnego Pana pojawiło się… zadowolenie?
- Przyznam się, że nie doceniałem tego starca. – rzekł. - Strzeże Pottera, ale nie zapomina też o czubku swojego długiego nosa. Tak jak w czerwcu, kiedy jakimś cudem nie wpadł w naszą pułapkę, i udało mu się dostać do swojego gabinetu. Nie mogę jednak pozwolić, by znowu pokrzyżował moje plany. – wyciągnął z kieszeni swoją różdżkę i zaczął powoli obracać ją w palcach. – Dlatego musicie wykonać swoje zadanie jak najlepiej.
Obaj mężczyźni, młody i starszy, potaknęli ze strachem. Draco odważył się nawet spojrzeć w oczy swojemu panu, ale natychmiast spuścił wzrok.
- Myślę, że dobrze się wywiążecie ze swojego zadnia. Zrobicie co do was należy, jeżeli nie chcecie narazić się na gniew Lorda Voldemorta. – powiedział Czarny pan a jego czerwone oczy błysnęły złowieszczo w ciemnym pomieszczeniu.

****


Harry Potter dość spokojnie przemierzał dworzec King’s Cross. Ciągnął za sobą duży szkolny kufer, do którego przymocowana była klatka z jego sową śnieżną – Hedwigą. Ptak niecierpliwił się już i pohukiwał ze zdenerwowaniem, ponieważ na każdym wyboju jego klatka trzęsła się i lekko podskakiwała na kufrze.
Chłopak nie przejmował się zachowaniem swojej sowy. Wiedział, że Hedwiga jest wybredna i z biegiem lat przestało go to obchodzić tak bardzo, jak na początku. Zresztą, teraz nie miał głowy do tego, by myśleć o sowie. Cały czas wydawało mu się, że ktoś go śledzi. Czuł na sobie czyjś wzrok i wyraźnie słyszał ciche kroki. Jednak, kiedy tylko odwracał się, aby złapać intruza na gorącym uczynku, kroki cichły, a dworzec wyglądał całkiem normalnie.
Potter spojrzał na zegarek. Zostało mu tylko kilka minut do odjazdu pociągu do Hogwartu, więc przyspieszył kroku. Do dobrze mu znanej barierki między peronem dziewiątym i dziesiątym dotarł, prawie biegnąc. Rozejrzał się na boki sprawdzając, czy nikt na niego nie patrzy i przeszedł na jej drugą stronę.
Znalazł się na peronie 9 i ¾ , na którym stał już połyskując Express Londyn – Hogwart. Właśnie spoglądał z uśmiechem na matki i ojców żegnających się ze swoimi dziećmi, kiedy usłyszał ciche pyknięcie i poczuł, że ktoś szarpie go za ramię. Odwrócił się i zobaczył przed sobą… Tonks, która uśmiechała się do niego promiennie.
- Co… Co ty tu robisz? – wyjąkał Harry, nie kryjąc zdziwienia.
- Pilnuję cię, a cóż by innego? – zaśmiała się Tonks. Harry dostrzegł, że wygląda dużo lepiej niż ostatnio, kiedy ją widział. Jej włosy znowu były soczyście różowe, a ona sama zrobiła się jakby weselsza. Widać było, że jest zadowolona z życia.
- Pilnujesz mnie? – zapytał chłopak, jeszcze bardziej zaskoczony.
- A co, myślałeś Potter, że Dumbledore zostawi cię bez straży? – Harry usłyszał znajomy, chrapliwy głos i zobaczył jak przez barierkę przechodzą Szalonooki Moody i Remus Lupin.
- A jakby jakiś śmierciożerca przyszedł tu za tobą i próbował ukręcić ci łeb? – zapytał Moody z wrodzonym taktem, poprawiając melonik zasłaniający magiczne oko, który powoli zsuwał mu się na twarz.
Harry popatrzył na niego z przerażeniem.
- Alastorze, nie potrzebnie go straszysz. Na pewno nic takiego by się nie zdarzyło, bo my tu jesteśmy. – odezwał się spokojnie Lupin, podchodząc do Tonks i z uśmiechem całując ją na powitanie. Wtedy Harry zrozumiał, dlaczego Nimfadora jest taka szczęśliwa. Oni najwyraźniej byli razem.
- Co u ciebie, Harry? – zapytał mężczyzna, podając mu dłoń na powitanie.
- Wszystko w porządku, dziękuję. Czy to znaczy, że całe wakacje mnie śledziliście? – spytał chłopak, teraz czując lekką złość na siebie, że niczego nie podejrzewał.
- Oczywiście. – powiedziała Tonks. – Zdziwiłam się, że dopiero teraz się zorientowałeś.
Harry’emu zrobiło się jeszcze bardziej głupio, więc nie skomentował tej uwagi.
- Potter, nie martw się, jeszcze zdążysz nam pokazać, jaki jesteś dorosły. – rzekł Moody, i wykrzywił swoją pooraną bliznami twarz w czymś, co miało być uśmiechem. – Teraz przestań się dąsać i wsiadaj do pociągu, a my porozglądamy się jeszcze tutaj. Chodź, Remusie. – powiedział do Lupina, ciągnąc go w stronę barierki.
- A tak między nami Harry… - zaczęła Tonks, kiedy zostali sami. - Kim była ta dziewczyna, z którą się spotykałeś w wakacje?
- Eee… - zająknął się chłopak. – To była taka… taka moja znajoma. – powiedział, czerwieniąc się.
- No tak. Znajoma. – Tonks puściła do niego oko. – Trzymaj się, powodzenia w szkole. – dodała, klepiąc go po plecach. Chwilę później rozległ się cichy trzask i dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu.

Harry ruszył w stronę pociągu. Miał nadzieję, że znajdzie dla siebie jakiś wolny przedział. Zawsze robił to razem ze swoimi przyjaciółmi. A teraz… Nie wiedział co będzie teraz, kiedy Ron jest na niego obrażony.
Wkładał właśnie swoje bagaże do jednego z wagonów, kiedy nagle ktoś dosłownie rzucił się na niego, mało nie zwalając go z nóg. Spodziewając się kogo ujrzy, Harry odwrócił się z uśmiechem.
- Witaj, Hermiono. – powiedział, przytulając przyjaciółkę.
- Harry, jak to dobrze, że Cię znalazłam. – rzekła, odsuwając się od niego. – Jak dawno się nie widzieliśmy!
Chłopak spojrzał na nią zdezorientowany. Co ona wygaduje? Przecież spotkali się zaledwie kilka dni temu na Pokątnej.
- Hermiono… - zaczął.
- Nie dostaliśmy od ciebie żadnej wiadomości. – przerwała mu dziewczyna, patrząc na niego wymownie. – Strasznie się za tobą stęskniliśmy! – dodała, wskazując lekko głową na grupkę uczniów, stojących niedaleko.
Wtedy Harry wreszcie zrozumiał, dlaczego Hermiona udaje. Wśród rozgadanej młodzieży dostrzegł Rona, który starał się nie zwracać na nich uwagi, ale widać było, że nasłuchuje, o czym rozmawiają.
- No tak… rzeczywiście, trochę czasu minęło. – powiedział głośno, nie spuszczając wzroku z przyjaciela.
- Cześć stary. – zagadał, kiedy rudzielec w końcu na niego spojrzał. Wyciągnął do niego dłoń. Ron podszedł i uścisnął ją krótko, nie odpowiadając na powitanie.
Zapanowała niezręczna cisza. Przez chwilę chłopcy stali bez słowa, patrząc na siebie. Ron wyglądał tak, jakby miał ochotę powiedzieć Harry’emu parę nieprzyjemnych słów.
- Może poszukajmy jakiegoś wolnego przedziału? – zapytała Hermiona, starając się załagodzić sytuację. Przyjaciele kiwnęli głowami i razem z nią weszli do pociągu, ciągnąc za sobą swoje bagaże.

****


Siedzieli w dwóch różnych kątach przedziału i beznamiętnie wpatrywali się w jego ściany. Nie odzywali się do siebie. Dwóch przyjaciół, kiedyś tak sobie bliskich, a teraz tak dalekich. Jakby więź, która ich łączyła, nagle się zerwała. Harry strasznie tego żałował. To przecież jego wina, że Ron jest wściekły. To przecież przez niego fundamenty, ich zdawało się mocnej przyjaźni, zaczęły niebezpiecznie się trząść. Zastanawiał się, jak odbuduje zaufanie Rona i czy w ogóle mu się to uda. Było mu tak głupio, że teraz chętnie uciekłby z pociągu i nigdy nie wracał.
- Wiesz co? – odezwał się w końcu rudzielec. – Ja rozumiem. Śmierć ciotki, choroba wuja, ale dla laski? Zapomnieć o swoim przyjacielu dla zwykłej panny? Przecież możesz ich mieć na pęczki!
- To nie jest jakaś tam zwykła panna! – krzyknął Harry. - Ona jest taka… taka… - nie mógł znaleźć słów, by opisać Colette i przedstawić ją w naprawdę dobrym świetle.
- Nie bujaj. – przerwał mu Ron. – Nie wciskaj mi kitu. Zachowałeś się jak zwykły frajer.
Harry nie odpowiedział. Nie, nie zrobiło mu się przykro. Poczuł złość. Miał ochotę odpowiedzieć Weasleyowi tym samym. Ale wiedział, że to co mu powiedział Ron, było prawdą. Musiał przyznać mu rację, co wcale nie poprawiało jego nastroju.
- Ron… - zaczął cicho. – Może i jestem frajerem, ale na pewno nie wciskam ci kitu. Colette jest dla mnie bardzo… ważna.
Rudzielec miał nieprzeniknioną minę. Harry w żaden sposób nie mógł jej rozszyfrować.
- Teraz i tak ci nie uwierzę. Trzeba było napisać o tym wcześniej, kiedy razem z Hermioną codziennie czekaliśmy na twój list. – powiedział z wyrzutem. Potter jednak wyczuł w jego głosie smutek. Już miał odpowiedzieć, kiedy nagle drzwi od przedziału otworzyły się z hukiem i do środka wpadła Hermiona, która przez prawie całą podróż patrolowała korytarze. Przeniosła się też do Ginny, Neville’a i Luny, aby oni mogli spokojnie porozmawiać.
- Nie uwierzycie, co się stało. – powiedziała, siadając. Była zgrzana, jak po długim biegu. Oddychała ciężko, tak, że plakietka prefekta naczelnego przypięta na jej piersi, lekko drżała. Chłopcy spojrzeli na nią z zainteresowaniem.
- Wiecie, kto oprócz mnie został w tym roku prefektem naczelnym? – zapytała, wachlując się dłonią.
Harry i Ron pokręcili przecząco głowami.
- MALFOY! – krzyknęła.
- Co?! – wrzasnęli jednocześnie przyjaciele.
- Tak, Malfoy. – Hermiona wyglądała jakby miała się za chwilę rozpłakać. – Jak ja z nim będę współpracować w tym roku? To przecież będzie katastrofa!
Harry wstał z miejsca i zaczął energicznie spacerować po przedziale.
- Jak Dumbledore mógł go wybrać? – zastanawiał się już spokojniej, choć czuł się tak, jakby wszystko w nim wrzało. - Przecież to zwykły… - przerwał, ponieważ dostrzegł, że drzwi do przedziału się otwierają. Chwilę potem zobaczył w nich znajomą sylwetkę i usłyszał ten znienawidzony, przeciągający sylaby głos.
- No, Potter, jak mnie chciałeś nazwać?


* - Colchester - miasto niedaleko Londynu, w moim opowiadaniu, tymczasowa oczywiście, kryjówka Voldemorta.

Jak wszyscy dobrze wiedzą, w poniedziałek zaczyna sie szkoła. Nie będę mogła więc dodawać notek tak często, jak do tej pory. Mam jednak nadzieje, że sie całkiem nie zatnę. A, że nadzieja jest matką głupich, nie pozostaje wam nic innego, jak czekać, a przez ten czas czytać, czytać, i jeszcze raz komentować.




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."

komentarze [24]

Rozdział X >> czwartek, 16 sierpnia 2007 21:59:32
Dodaję notkę. Jej pisanie zajęło mi dużo czasu, ale jest dłuższa niż poprzednie. Będzie ona zakończeniem pierwszej części mojego opowiadania, którą pisałam równo trzy miesiace. Nie martwcie się, niedługo rozpocznie się część druga. W tej notce zakończę i wyjaśnię kilka spraw, ale to i tak tylko maleńki procencik tego, o was czeka. Dziękuję za wszystkie komentarze, zarówno pozytywne, jak i negatywne.
Zapraszam do czytania!

Od czasu pamiętnej kłótni między Ronem a Hermioną, minął prawie miesiąc. Sierpień dobiegał końca. Zbliżał się wrzesień, a wraz z nim kolejny, siódmy już rok nauki w Hogwarcie. Przyjaciele doskonale zdawali sobie sprawę, że za kilka dni po raz ostatni zawiozą swoje bagaże na dworzec King’s Cross w Londynie. Po raz ostatni wejdą na peron 9 i ¾, gdzie wsiądą do pociągu zmierzającego w stronę ich ukochanej szkoły.
Zarówno Ron, jak i Hermiona, zastanawiali się, jaki będzie ten ostatni rok. Wiedzieli, że przez Voldemorta czyhającego na nich na każdym kroku, nauczyciele i pracownicy szkoły będą jeszcze bardziej zabiegać o bezpieczeństwo uczniów, a zwłaszcza Harry’ego. No właśnie, Harry. Po kilku przemyślanych godzinach, Hermiona w tajemnicy przed Ronem wysłała do niego list. Właściwie nie musiała się zbytnio ukrywać, ponieważ rudzielec unikał jej i udawał, że przyjaciółka całkowicie go nie obchodzi. Kiepsko mu to wychodziło, bo kiedy tylko mijali się na korytarzu, albo widzieli na kolacji, ukradkiem spoglądał na nią. Wiele razy chciał podejść i po prostu się pogodzić, ale było mu głupio. Podczas tej zupełnie niepotrzebnej awantury strasznie ją obraził i był pewny, że Hermionie nie przeszła jeszcze złość na niego. Mógłby wtedy pogorszyć swoją sytuację, a tego z pewnością nie chciał.
Był piękny, słoneczny poranek, wyjątkowo ciepły jak na tegoroczne, chłodne lato. Duża kuchnia Nory rozbrzmiewała gromkim śmiechem. Przy wielkim, starym już, drewnianym stole, siedziała rodzina Weasleyów wraz z młodą panną Granger. Jedli właśnie śniadanie, rozmawiając przy tym i żartując. Było tak wesoło i głośno, że przez dłuższą chwilę nikt nie słyszał miarowego stukania, dochodzącego zza okna. Kiedy dołączyło do niego drugie, a potem trzecie, pan Arthur Weasley podniósł wreszcie głowę znad swojej owsianki.
- O, poczta! – powiedział radośnie i podszedł do okna, by je otworzyć.
Do domu wleciały z impetem trzy sowy. Jedna z nich zatrzymała się przy Hermionie, druga przy Ginny, a trzecia usiadła przed pogrążonym w rozmowie Ronem. Jak na komendę, wszystkie wyciągnęły nóżki, do których przywiązane były trzy takie same listy z godłem Szkoły Magii i Czarodziejstwa.
- Listy z Hogwartu! – zawołał uradowany Ron i z uśmiechem rozerwał swoją kopertę. Czytał właśnie listę podręczników potrzebnych mu do siódmej klasy, kiedy nagle…
- Nie wierzę, po prostu nie wierzę! – podniósł wzrok znad kartki. Hermiona wpatrywała się w swój list. Na jej twarzy malowało się zdziwienie połączone z wielką radością. Zanim Ron zdążył cokolwiek powiedzieć, dziewczyna rzuciła mu się na szyję z głośnym piskiem.
- Zostałam prefektem naczelnym!! – krzyknęła całując go w oba policzki. Rudzielec gwałtownie poczerwieniał na twarzy.
- Wybrali mnie! Po prostu nie mogę w to uwierzyć. – powiedziała już spokojniej, odsuwając się od niego. Jej oczy błyszczały, a buzia dosłownie promieniowała radością.
Ron nadal nie mógł otrząsnąć się z zaskoczenia, które swoim zachowaniem spowodowała Hermiona.
- Eee… to cudownie – wykrztusił. – Hermiono… czy to znaczy, że nie jesteś już na mnie zła? Ja cię naprawdę…
- Ron, głuptasie. Przecież dobrze wiesz, że ja nie umiem się na ciebie gniewać dłużej niż dwie godziny.

****


Harry Potter siedział na tarasie domu przy Privet Drive 5. Obserwował ptaki wirujące nad willą po drugiej stronie ulicy. Tak nienawidził tego miejsca. Spotkało go tam wszystko, co najgorsze. Upokorzenia, przykre słowa kierowane pod jego adresem. Usłyszał je właśnie w tym domu W tym roku szczególnie nie chciał przyjeżdżać do niego na wakacje. Można powiedzieć, że Dumbledore go zmusił. Na początku lipca, Harry chciał wyjechać jak najszybciej, z niecierpliwością czekał na zaproszenie do Nory. Dzisiaj, gdy dostał list z Hogwartu, prawie w ogóle się z niego nie cieszył. Nie po tym, co go tutaj, na tej znienawidzonej ulicy spotkało.
Spojrzał na postać siedzącą po jego prawej stronie. Colette… Jedna z najważniejszych osób w jego życiu. Dziewczyna, do której czuł coś więcej, niż tylko przyjaźń. Poznał ją tutaj, na tej uliczce. Była noc, on wściekły jak nigdy siedział na ławce stojącej między drzewami. Wtedy ją zobaczył. Ładną blondynkę idącą w jego stronę. Podeszła tak po prostu. Nawet nie wiedział dlaczego.
Teraz ta dziewczyna ponownie była z nim. Delikatnie opierała głowę o jego ramię. Jej niebieskie oczy utkwione były w pięknym, bezchmurnym dziś niebie. Była taka śliczna. Harry długo dziwił się, dlaczego właśnie na niego zwróciła uwagę. Zawsze wstydził się ją o to zapytać.
- Colette… - zaczął cicho.
- Hmm?
- Zastanawiałem się, dlaczego wybrałaś właśnie mnie.
- Bo nie miałam nikogo innego pod ręką. – odparła ze śmiechem.
- Bardzo śmieszne. – powiedział chłopak, udając obrażonego.
- Po prostu, bardzo mi się spodobałeś
- Jak bardzo? – Harry resztkami sił powstrzymywał uśmiech.
Zamiast odpowiedzi poczuł na ustach delikatny pocałunek. Natychmiast go oddał, jednocześnie przygarniając dziewczynę do siebie.
- Boże, jaka szkoda, że już za kilka dni będziemy musieli się rozstać. Na cały, długi rok. – westchnął, nadal trzymając dziewczynę w ramionach.
- Ja też żałuję. – powiedziała blondynka, patrząc mu głęboko w oczy. – Boję się, że znajdziesz sobie kogoś innego na moje miejsce.
- Jak możesz tak mówić? – Harry był nieco zdziwiony. – Przecież wiesz, jaka jesteś dla mnie ważna. Ważniejsza, niż wszystkie cza… dziewczyny z mojej szkoły razem wzięte.
W ostatniej chwili ugryzł się w język. Mało brakowało, a wygadałby się przed nią, że jest czarodziejem. A przecież nie chciał tego. Za bardzo bał się jej reakcji.
- Wiem, wiem. – powiedziała Colette, jeszcze mocnej się do niego przytulając. – Zobacz, co za dziwny ptak przy twoim oknie. Czy to sowa?
Harry spojrzał na swój dom. Rzeczywiście, na parapecie jego okna siedziała sowa. I to nie a byle jaka. Errol – ptak Rona. Poznałby go zawsze i wszędzie. Tylko on jeden siedząc, machał się na boki.
Chłopak zaśmiał się w duchu. Przypomniał sobie jedne z wakacji spędzonych w Norze. Nie mógł zapomnieć, jak Errol codziennie rano, nie widząc szyby, z impetem uderzał w nią, przynosząc pocztę. Zaowocowało to lekkim uszkodzeniem jego umysłu.
- Harry, jak myślisz, co ta sowa robi na twoim parapecie? – z zamyślenia wyrwał go głos Colette.
- Nie wiem. – skłamał, nie patrząc jej w oczy. Przecież nie mógł powiedzieć, że przyniosła mu pocztę.
Colette spojrzała na zegarek. Dochodziła druga.
- Musimy już iść na obiad. Mama za chwilę nas zawoła.
- Wiesz, ja chyba dzisiaj zjem u siebie – powiedział Harry, myślami będąc już przy liście, który trzymał w dziobie ptak. – Ciotka przynajmniej przestanie zrzędzić. Mówi, że obżeram sąsiadów.
Blondynka uśmiechnęła się. Nie lubiła, kiedy Harry wychodził, ale wiedziała, jaka jego rodzina potrafi być niemiła. Przekonała się o tym osobiście, kilka tygodni temu. Teraz, ta historia wydawał się zabawna, ale wtedy wcale nie było jej do śmiechu.
- Rozumiem. No to pa. – rzekła, nadal nie przestając się uśmiechać.
- Do zobaczenia – powiedział Harry, całując dziewczynę na pożegnanie i szybko oddalając się w stronę swojego domu.

****



Leżał na swoim łóżku i wpatrywał się w ścianę tępym wzrokiem. W ręce trzymał pogięty list. Dostał go od Hermiony. Dziewczyna pisała, że nie wie, dlaczego Harry postąpił wobec nich tak podle. Dodała też, że ma nadzieję, że w liście wszystko im wyjaśni, bo Ron powiedział, że… nie uważa go już na przyjaciela.
Te słowa bardzo poruszyły Harry’ego. Przypomniał sobie o lipcowym zaproszeniu do Nory, i jego odmowie z powodu wypadku Colette. Było to dla niego tak ważne, że całkowicie zapomniał o liście do przyjaciół. Jak on mógł, jak mógł? Co chwilę pukał się w głowę, przeklinając swoją głupotę. To prawda, Colette jest dla niego ważna, ale jak to się stało, że przez nią zapomniał o najważniejszych osobach w jego życiu? Harry zupełnie nie wiedział, co zrobić. Najchętniej natychmiast rzucił by to wszystko i pojechał do Nory. Z drugiej strony, nie mógł zostawić Colette. Nie na kilka dni przed rozstaniem. Poza tym, Ron i tak nie będzie chciał go wysłuchać. Jedyną osobą, która była w stanie go przekonać, była… Harry nie wahał się ani minuty dłużej. Zerwał się z łóżka i zaczął przetrząsać szuflady w poszukiwaniu czystego kawałka pergaminu. Przecież w liście Hermiona pisała, że za dwa dni będą na zakupach na Pokątnej. Kiedy znalazł pergamin, szybko chwycił pióro i napisał:

Kochana Hermiono!

Nawet nie wiesz, jak mi głupio
z powodu tego, co się stało.
Naprawdę bardzo chciałem do was
przyjechać, ale ważne sprawy mnie
tu zatrzymały. Wiem, że Ron tego
nie zrozumie, ale Ty na pewno
będziesz umiała go przekonać.
Proszę Cię, jeżeli możesz, spotkaj
się ze mną w lodziarni na Pokątnej o
14. Wszystko Ci wtedy wyjaśnię.
Naprawdę bardzo mi na tym zależy!
Odpisz jak najszybciej.

Harry.


****


Na Pokątnej Harry był pół godziny przed umówionym czasem. Postanowił zajść jeszcze do kilku sklepów, by kupić podręczniki i przybory potrzebne mu w siódmej klasie. Były to bardzo ambitne plany, ale oczywiście nie mógł się oprzeć i spędził większość wolnego czasu w sklepie miotlarskim. Kiedy w końcu spojrzał na zegarek, z przerażeniem stwierdził, że do spotkania z Hermioną pozostało mu nie całe pięć minut. Szybko popędził do lodziarni, która znajdowała się na drugim końcu ulicy. Kiedy tam dotarł, Hermiona, już trochę zniecierpliwiona, czekała na niego przy jednym ze stolików.
- Prosiłeś mnie o spotkanie, a teraz się spóźniasz – powiedziała z wyrzutem, gdy usiadł.
- Prze… przepraszam – wydyszał Harry. – Poproszę szklankę wody. – powiedział do kelnerki, która przechodziła obok.
Młoda dziewczyna zatrzymała się i widząc, z kim rozmawia, zarumieniła się i uśmiechnęła szeroko.
- Oczywiście – odrzekła. – A co dla pani? – zapytała Hermionę.
- Nic, dziękuję. – dziewczyna nawet nie zaszczyciła jej spojrzeniem.
Kelnerka ponownie uśmiechnęła się do Harry’ego i odeszła. Po chwili pojawiła się przed nim znowu, ze szklanką wody w ręce.
- Dziękuję pani bardzo. – opowiedział chłopak.
- Harry, może przestaniesz w końcu flirtować i powiesz, po co mnie tu ściągnąłeś? – ofuknęła go Hermiona, teraz już podenerwowana. – Wiesz jakich głupot musiałam nagadać Weasleyom, żeby mnie tu puścili?
Potter opowiedział jej całą historię jego i Colette, omijając oczywiście bardziej pikantne szczegóły. Kiedy skończył, Hermiona patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
- Więc rozumiesz, że nie mogłem jej tak zostawić.- powiedział Harry, spoglądając na przyjaciółkę.
- Rozumiem. – powiedziała. – Nie, cholera, nie rozumiem! Możesz umawiać się z kim chcesz i ratować kogo chcesz, ale żeby od razu zapominać o całym bożym świecie? Tego się po tobie nie spodziewałam!
Chłopak nic nie odpowiedział i spuścił głowę. Było mu strasznie wstyd. Widać Hermiona dostrzegła to, bo za chwilę poczuł jej ciepłą dłoń na ramieniu. Podniósł wzrok. Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy.
- Harry… - powiedziała cicho. - Ja ci wierzę. Ale wątpię, by uwierzył Ron.

****


Trzydziesty pierwszy sierpnia przywitał mieszkańców Privet Drive deszczem. Wydawało się, że zachmurzone niebo także smuci się z powodu końca wakacji. W tak brzydki poranek, nikomu nie chciało się wychodzić z domu, choćby po gazetę.
Dom numer pięć, jako jeden z nielicznych, tętnił życiem. Jego mieszkańcy wybierali się w długą podróż do Francji, więc tego dnia wstali wcześniej, aby się do niej przygotować.
Colette Smith siedziała w swoim pokoju przy oknie i obserwowała krople deszczu spływające po szybie. Była smutna. Pierwszy raz od siedmiu lat nie cieszyła się z wyjazdu do Francji. Nie chciała rozstawać się z domem, a co za tym idzie, z Harry’m Potterem.
Pożegnała się z nim już dzień wcześniej. Długo rozmawiali, wspominając wspólnie spędzony czas. Nie było im do śmiechu, ale starali się żartować, gdy przypominali sobie swoje pierwsze, niedorzeczne kłótnie. Byli wtedy tak na siebie wściekli. A teraz… Teraz żałowali, że zmarnowali tyle czasu, który mogli spędzić razem.
Z zamyślenia Colette wyrwał dzwonek do drzwi. Słyszała go tak wyraźnie, jak gdyby stała tuż obok niego. Tknięta przeczuciem, ile sił w nogach pobiegła, by otworzyć. Chwilę potem już była w ramionach Harry’ego.
- Colette, skarbie, co się stało? – zapytał cicho, gładząc ją po włosach.
- Bo ja… ja nie mogłam tak po prostu wyjechać. – wyszeptała.
- Wiedziałem o tym. Dlatego przyszedłem.
To mówiąc pocałował ją. Całowali się długo i namiętnie, jakby mieli to robić ostatni raz w życiu. Bali się, że za rok się nie spotkają. Chcieli zatrzymać czas, trwać tak już na zawsze. Niestety, rodzice Colette czekali na nią w samochodzie. I wyraźnie zaczynali się niecierpliwić.
- Harry, muszę już iść – powiedziała dziewczyna odsuwając się od niego. Czuła, że zaraz się rozpłacze, więc szybko pocałowała go ostatni raz i pobiegła do samochodu. Tam przywarła do szyby i patrzyła na oddalającą się sylwetkę chłopaka. Łzy rozmazywały jej obraz, ale nie dbała o to, by je wytrzeć. Dostrzegła jedynie, że Potter macha jej na pożegnanie. Chciała wysiąść, biec do niego. Niestety, nie mogła.
- Kocham Cię… - szepnęła tylko.
Łzy płynęły po policzkach.

KONIEC CZĘŚCI I


Wyszło jak brazylijska telenowela. Może wyda się wam to troche przesadzone, ale ja dobrze wiem, jak to jest żegnać sie na dlugo z osobą, która sie kocha. Można wtedy wylać naprawde hektolitry łez. Więc pisałam to trochę jakby z autopsji, no może oprócz pocałunków. Niestety nie było mi to dane :(. Pozdrawiam.




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."

komentarze [23]

Rozdział IX >> niedziela, 29 lipica 2007 22:23:03
Miałam czas więc napisałam notkę. Tak jak obiecałam. Wstawiam ją dzisiaj, bo we wtorek wyjeżdżam w koncu nad morze :D i potem przez jakiś czas nici z pisania. Narazie musi wam wystarczyć to, co jest. Zapraszam!!

Colette wpatrywała się w twarz stojącego przed nią rosłego mężczyzny, która powoli przybierała ciemnoczerwony kolor. Widać było, że Vernon Dursley nie jest zadowolony z obecności dziewczyny w swoim domu.
- Że jak? Kogo pani szuka? – ton jego głosu nie wskazywał niczego dobrego. – Chyba nie dosłyszałem.
- Eee…Harry’ego Pottera – wykrztusiła Colette, trochę zdziwiona reakcją mężczyzny.
- Pomyliła pani adres! – Dursley trząsł się ze złości i zaciskał nerwowo pięści – W tym domu nie mieszka żaden Harry Potter!! – wrzasnął odwracając się w stronę zamkniętych drzwi od kuchni.
- Coś jeszcze? – warknął po chwili.
Blondynka nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Stała z otwartą buzią, całkowicie zaskoczona wybuchem wuja Harry’ego.
- W takim razie DO-WI-DZE-NIA! – wyartykułował Vernon Dursley zatrzaskując jej drzwi przed nosem.


****

Kiedy Harry usłyszał krzyk dochodzący z korytarza, wrzucił trzymany w rękach talerz do zlewu i nie zważając na protesty ciotki, wybiegł z kuchni. Wuj, dysząc ciężko, szedł, a raczej turlał się już w jego kierunku. Chłopak zręcznie go wyminął i już miał pobiec do siebie na górę, kiedy poczuł, że coś, a raczej ktoś, ciągnie go w kierunku salonu.
- Niech mnie wuj zostawi! Co wuj robi?! – krzyczał, próbując wyrwać się z uścisku.
- Ja ci pokażę gówniarzu… - mamrotał Dursley pod nosem – Panny będzie mi do domu sprowadzał, jeszcze czego.
- Puść mnie!! – wrzasnął Harry, odrywając tłustą łapę od swojego ramienia. – Co wuj wyprawia?! – zapytał, odsuwając się od mężczyzny na bezpieczną odległość.
- Co ja wyprawiam?! – oczy wuja Vernona wylazły z orbit, a jego twarz była tak purpurowa, że wyglądem przypominał dojrzałą śliwkę. – Co TY wyprawiasz?!! – ryknął, opluwając Harry’ego śliną.
Chłopak odskoczył gwałtownie, patrząc na wuja jak na wariata.
- Myślisz, że będą do ciebie przyłazić jakieś dziewuchy?! Może mam je jeszcze częstować herbatką, co?!!
- Ona tu była? – zapytał Harry ogromnie zaskoczony. – Colette tu była?! Więc to na nią wuj krzyczał! Jak wuj mógł ją tak potraktować?! – krzyknął i wybiegł z domu bez pożegnania.


****

Colette weszła do domu, bez słowa minęła rodziców, którzy na kanapie oglądali film i ruszyła schodami do swojego pokoju na górze.
- Colette! – usłyszała z salonu głos matki.
- Tak? – zapytała, wychylając głowę zza drzwi.
- Harry przyjdzie?
- Nie… To znaczy, nie wiem. – odparła dziewczyna ze smutkiem. – Jego wuj nie chciał mnie wpuścić do domu, twierdził, że nie zna żadnego Harry’ego Pottera.
- Hmm…dziwne. – powiedziała pani Marie i utkwiła wzrok w telewizorze, najwyraźniej nad czymś się głęboko zastanawiając.
- Pójdę do siebie. – rzekła Colette i poszła na górę.
Chciała zamknąć się w swoim pokoju i dokładnie przemyśleć dzisiejszą sytuację. Była już na półpiętrze, kiedy ponownie coś ją zatrzymało. Tym razem był to długi dzwonek do drzwi. Szybko podbiegła by je otworzyć, domyślając się, kogo za nimi ujrzy. Nie myliła się.
- Cześć. – powiedział Harry. – Ja… Przyszedłem, żeby ci wszystko wyjaśnić.
Spojrzał na nią. Wyglądała tak pięknie w świetle zachodzącego słońca. Jej jasne włosy połyskiwały delikatnie, doskonale kontrastując z czarną, dopasowaną bluzką. Harry zatrzymał wzrok na jej ustach pociągniętych perłowym błyszczykiem. Zapragnął ponownie poczuć ich smak. Nie chciał jednak znowu czegoś zepsuć. W końcu tak mało czasu upłynęło od wypadku, który się przydarzył Colette. Gdyby teraz ją pocałował mogłaby się spłoszyć, uciec i nigdy już nie wrócić.
- Harry. – odezwała się dziewczyna. Widać zauważyła jego zamyśloną minę, ponieważ na jej twarzy malowało się zniecierpliwienie. – Miałeś mi coś wyjaśniać.
- Ach, no tak. – chłopak, lekko zmieszany, oderwał wzrok od ust blondynki. – Może się przejdziemy?
- Dobrze. – Colette odwróciła się i weszła do domu aby wziąć bluzę. Po chwili spacerowali już alejkami, obserwując słońce, powoli chowające się za dachami domów.
- Colette, posłuchaj. – powiedział Harry zatrzymując się i spuszczając wzrok. – Przepraszam cię za dzisiaj. Jest mi okropnie głupio, powinienem wyjaśnić ci sytuację panującą w moim domu już wcześniej, zamiast narażać cię na bliskie spotkanie z wujem Vernonem. A tak, musiałaś wysłuchiwać tych niepotrzebnych wrzasków i…nie wiem, co jeszcze powiedzieć, naprawdę mi wstyd.
Chłopak popatrzył na blondynkę. Uśmiechała się. Nie miał pojęcia dlaczego, w końcu powinna być na niego zła. Po chwili przysunęła się bliżej, tak, że wargami prawie dotykała jego ust. To już zupełnie zbiło go z tropu.
- Nie musisz nic mówić. – szepnęła. – Wystarczy, że jesteś...
To mówiąc pocałowała go. Bardzo czule i romantycznie.
- Chodźmy, mieliśmy się przejść – powiedziała, odsuwając się od niego.
Harry ujął jej dłoń, zbliżył do swoich ust i delikatnie pocałował. Kamień spadł mu z serca. Jak mógł myśleć, że Colette mu nie wybaczy?
Ruszyli przed siebie trzymając się za ręce. Wiedzieli, że właśnie zaczynają w swym życiu coś nowego - pięknego i niepowtarzalnego…


****

Zapadał zmrok. Młoda dziewczyna o kasztanowych włosach siedziała przy stole, pisząc list. Właściwie już drugą godzinę ślęczała nad pustym kawałkiem pergaminu, zupełnie nie wiedząc jak ma zacząć. Próbowała różnych opcji, ale każda wydawała się jej całkowicie idiotyczna. „Matko, co się ze mną stało?” – powtarzała w kółko w myslach. Przecież jeszcze do niedawna pisanie do tego chłopaka było rzeczą, którą robiła z wielką radością. Jak mogło się to zmienić w tak krótkim czasie? Przecież nie zmieniły się jej uczucia do niego – dalej uważała go za swojego najlepszego przyjaciela.
Mówią, że przyjaźń między kobietą i mężczyzną nie istnieje. Wiedziała, że to nie prawda. Od kilku lat przyjaźniła się z dwoma chłopakami i ich stosunki pozostawały niezmienne. Kochała ich…jak braci i nic nie wskazywało na to, żeby miało się to zmienić… Chociaż, teraz sama już nie wiedziała. Po godzinie myślenia udało jej się wykrzesać tylko banalne „Drogi Harry”.
- Hermiono… - wysoki rudzielec właśnie wszedł do pokoju. – Mama pyta, czy zjesz kolację.
- Za chwilę Ron, za chwilę.
- Co robisz? – zaciekawiony chłopak podszedł do stolika przy którym siedziała jego przyjaciółka i spojrzał na pergamin. Jego mina od razu zrzedła.
- Dlaczego do niego piszesz? – zapytał.
- To mój przyjaciel! Twój też, chyba, że o tym zapomniałeś. – Hermiona była trochę podenerwowana.
- Nie jest już moim przyjacielem – odpowiedział Ron nie patrząc na nią.
- Jak możesz tak mówić?! – Hermiona wyglądała na zaskoczoną. - Skąd wiesz co naprawdę się wydarzyło? Snujesz tylko dziwne domysły. Jesteś taki płytki. – prychnęła dziewczyna.
Ron podniósł wzrok i spojrzał na przyjaciółkę. Dopiero teraz, po tylu latach znajomości, zauważył jaka jest ładna. A gdyby tak… szybko odpędził od siebie tę, jak mu się wydawało, głupią myśl. Przecież to, czy mu się podoba, czy nie, nie miało tu najmniejszego znaczenia.
- Wiesz co? – zapytał mrużąc oczy. – Jakby między naszą trójką było tak jak dawniej, Harry napisał by do nas, a nie po prostu olewał. Tak się nie zachowuje przyjaciel!
- Przecież napisał do Dumbledore’a. Podobno stało się coś ważnego, był tam komuś potrzebny…
- Ciekawe komu?! – krzyknął Ron. – Mugolom?! Jakoś w to nie wierzę! A ty oczywiście tak, bo dla ciebie Harry zawsze był najlepszy!! Pieprzony bohater, teraz mu się nie chce nawet głupiej sowy wysłać!! – wrzasnął i ze złością kopnął w krzesło.
- Ron, czy ty słyszysz co mówisz?! – wybuchła Hermiona – Posłuchaj siebie, przecież to jakieś brednie! Jak możesz, po tym wszystkim co razem przeszliśmy, po tylu wspólnie spędzonych latach?! – oczy dziewczyny zaszły łzami.
Ronald przez chwilę patrzył na nią posępnym wzrokiem.
-Myślałem, że chociaż raz staniesz po mojej stronie. Chyba jednak znowu się przeliczyłem. – powiedział w końcu z wyrzutem. – Nigdy nie będę dla Ciebie tak ważny, jak Harry. – dodał i wyszedł z pokoju.
- Idź, idź! Najlepiej jest po prostu uciec! Obaj jesteście siebie warci!! – krzyknęła Hermiona w stronę zamkniętych drzwi i rozpłakała się. Ze złości i bezsilności. Nawet to, że z całej siły walnęła pięścią w stół jej nie pomogło. Wiedziała, że nic już nie będzie takie samo jak kiedyś.

Końcówkę pisałam pod wpływem bardzo silnych, negatywnych emocji. Może dlatego jest taka, jak ja to mówię, nienawistna. Podziałał na mnie tak m.in. film "Harry Potter i Zakon Feniksa", który mnie troszczekę rozczarował. A co wy o nim myślicie?




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."

komentarze [18]

Rozdział VIII >> niedziela, 15 lipica 2007 21:59:26
Witajcie kochani! Są wakacje, więc mam czas wchodzić na wasze blogi, czytać i komentować. Dziękuje wam za wszystkie opinie. Jest mi zawsze niezmiernie miło, kiedy z dnia na dzień widzę na moim blogu coraz wiecej komentarzy :). Zapraszam do czytania!
Notka z dedykacją dla Malwinki :* (megan-meredith).

Dzień po rozmowie z Harry’m, Colette pełna sił i nadziei na lepsze jutro, zeszła na obiad. Czuła, że zaczyna się w jej życiu coś nowego, coś, co może na zawsze ją odmienić. Wiedziała już, że czarnowłosy chłopak jest dla niej bardzo ważny. Potrzebny był ten okropny wypadek, aby to w końcu zrozumiała. Jaka była głupia! Tyle czasu wmawiała sobie, że nic do Harry’ego nie czuje. Myliła się. Bardzo się myliła.
Kiedy Colette weszła do jadalni, rodzice, którzy byli już w połowie posiłku, spojrzeli na nią ze zdumieniem.
- Kochanie, coś się stało? – zapytała mama, jak zwykle siedząca w rogu stołu, jak najdalej od ojca.
- A co się miało stać? – zdziwiła się dziewczyna – po prostu chciałam zjeść z wami obiad.
Matka odłożyła sztućce i podeszła do Colette.
- To świetnie córeczko. Zaraz przygotuję Ci nakrycie – powiedziała z uśmiechem gładząc ją po policzku.
Colette odwzajemniła uśmiech i usiadła przy stole naprzeciwko ojca. Przez chwilę nie odzywali się do siebie. Milczenie przerwał pan Smith.
- Jak się czujesz? – zapytał
- Całkiem nieźle, dziękuję – odpowiedziała blondynka, bawiąc się serwetą.
- To…dobrze. – widać było, że panu Adamowi z wielkim trudem przychodzi rozmowa z córką.
- Tato...nie wysilaj się. Nie musisz ze mną rozmawiać, jeżeli nie chcesz. – powiedziała z lekkim wyrzutem.
Ojciec otwierał już usta by odpowiedzieć, kiedy weszła matka niosąc talerz z gorącą zupą. Postawiła go przed dziewczyną i uśmiechając się szeroko, usiadła przy stole.
- No, jedz skarbie. – pani Smith wyglądała na szczęśliwą. Przez kłótnie z mężem, całymi dniami chodziła przygnębiona i smutna, więc sam fakt, że z czegoś tak się cieszyła, był dla Colette bardzo ważny.
Posiłek przebiegał nadzwyczaj spokojnie. Ojciec nie odzywał się, przeżuwając powoli pokarm. Matka co jakiś czas łypała na niego podejrzliwie, jednak dzięki swojemu dobremu nastrojowi nie dogadywała mu tak jak zwykle. Była to dla Colette nowa sytuacja, ponieważ od czasu pogorszenia się kontaktów między rodzicami, prawie każdy obiad wyglądał tak samo: Ciągłe kłótnie, zaczepne odzywki…
- Kochanie, naprawdę ucieszyłam się, kiedy dzisiaj do nas zeszłaś. – z zamyślenia wyrwał dziewczynę radosny głos mamy. – Widzisz, mówiłam, że ta herbatka delikatnie poprawiająca nastrój, którą ci dzisiaj dałam, pomaga.
Colette cicho zachichotała. Matka nie wiedziała, że nie wypiła ani łyka tej ohydnej herbatki. Od początku wydawała jej się ona podejrzana, więc wylała ją do swego fikusa, który zaraz potem dziwnym trafem zwiądł.
- Herbatka na pewno mi pomogła… - odparła powstrzymując śmiech. – Ale zdecydowanie większy wpływ na moje samopoczucie miała rozmowa z Harry’m. On pomógł mi zrozumieć wiele ważnych rzeczy. – dodała.
- W takim razie, może zaprosisz go jutro do nas na obiad? Skoro tak dobrze się dogadujecie. – powiedziała pani Smith.
- Wiesz mamo, to nie głupi pomysł. Zastanowię się. – odpowiedziała dziewczyna z uśmiechem.
W głębi serca nie miała jednak żadnych wątpliwości. Na samą myśl o spotkaniu z Harry’m czuła te charakterystyczne „motylki” w brzuchu. Byłoby wspaniale, gdyby jej rodzice lepiej go poznali i polubili. Była tylko ku temu jedna mała przeszkoda…
- Tato, nie masz nic przeciwko? – zapytała Colette z nadzieją w głosie.
- Ale o co chodzi? – zapytał ojciec z miną niedźwiedzia obudzonego właśnie z zimowego snu.
- Ojej, czy Harry może jutro przyjść?
- Aaaaa Harvey… - pan Smith nadal nie był zbytnio zorientowany w sytuacji.
- Harry. – poprawiła go Colette z lekkim zniecierpliwieniem. – To może, czy nie?
- Tak właściwie to po co?- zapytał
- Na obiad! – krzyknęły równocześnie pani i panna Smith.
- Może, może… - powiedział ojciec. Ciągle sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie miał kontaktu ze światem zewnętrznym.
- Adam, co ci jest? – zapytała pani Marie. – Zachowujesz się tak, jakbyś w ogóle nas nie słuchał. – Czy coś się stało?
Nagle pan Smith zerwał się z krzesła.
- Dajcie wy mi święty spokój! Wytrzymać się już nie da w tym domu!! Nawet pomyśleć nie można, od razu się jakichś intryg doszukują!! – krzyknął i wyszedł z jadalni nie kończąc obiadu.
Colette i pani Smith spojrzały na siebie z niepokojem. To był już drugi taki wybuch pana Adama w ciągu ostatnich dni.


****

Harry! – krzyczała Petunia Dursley z kuchni. - Harry, pozbieraj szybko ze stołu te brudne talerze!
- Już idę, idę - rozległ się z pokoju głos Pottera
Harry nie był zachwycony perspektywą zmywania naczyń tuż pod czujnym okiem ciotki. Według niego było to po prostu bezsensowne, ponieważ Petunia i tak czyściła potem każdy talerz jeszcze raz, przekonana, że jej siostrzeniec zrobił to źle. Kiedy jednak dosłownie po sekundzie chłopak usłyszał ponownie jej zniecierpliwiony głos, powlókł się wolno do kuchni.
- O, w końcu przyszedłeś. – fuknęła ciotka. – Bierz się do roboty, przy okazji porozmawiamy.
Harry z cichym westchnięciem postawił stertę brudnych naczyń w zlewie i wziął do ręki gąbkę. Bardzo zdziwiło go to, że ciotka tak nagle chce uciąć sobie z nim pogawędkę. Nie robili tego od bardzo dawna, właściwie to nigdy ze sobą nie rozmawiali. „Musiało się coś stać” – pomyślał, szorując talerz.
Petunia podeszła do drzwi kuchni i delikatnie je uchyliła, zaglądając do salonu. Jej mąż pochrapywał w fotelu z pilotem w ręku, a Dudley, wpatrzony w telewizor, pochłaniał trzecie pudełko czekoladek. Kobieta, przekonana o tym, że nikt jej nie usłyszy, zamknęła cicho drzwi i zwróciła się do Harry’ego:
- Wiem, że dzisiaj masz urodziny.
- Och, jak miło to słyszeć. – powiedział chłopak z ironią.
- Kiedy do nas trafiłeś, w liście do mnie, pan Dum… - zająknęła się
- Prof. Dumbledore – podpowiedział jej Harry, coraz bardziej zaintrygowany tym, co ma mu ona do powiedzenia.
- O właśnie. Więc napisał mi, że po twoich siedemnastych urodzinach, jego czary przestaną cię chronić i ten cały Lord jakiś tam będzie mógł cię łatwiej znaleźć.
Harry popatrzył na nią lekko zdziwiony. Wiedział o tym wszystkim od dawna, ale nie miał zielonego pojęcia, że Dumbledore powiedział to także jego ciotce.
- Tylko… - ciągnęła Petunia – ja ci chciałam powiedzieć, że możesz u nas zostać, jeżeli tylko chcesz. - widać było, że te słowa z trudem przeszły jej przez gardło.
- Wuj nie będzie miał nic przeciwko, ja dopilnuję, tak jak ostatnio, żeby cię nie wyrzucił z domu.
- Tak jak ostatnio? – zdziwił się Harry – O czym ciocia mówi?
- Dwa dni temu, kiedy nie wróciłeś wieczorem do domu, to ja zostawiłam otwarte drzwi i wmówiłam Vernonowi, że śpisz u siebie na górze.
Chłopak nie wierzył własnym uszom. To ONA wszystko ukartowała tak, żeby mógł spokojnie wrócić, nie narażając się przy tym na nieprzyjemności ze strony wuja, a w konsekwencji nawet na wyrzucenie z domu. Jak to możliwe? Przecież było to do niej całkowicie niepodobne.
- Dla…dlaczego ciocia to zrobiła?? – wykrztusił Harry po krótkiej chwili milczenia.
- W końcu, bądź co bądź, jesteś moim siostrzeńcem. – powiedziała, a jej głos stał się jakby…cieplejszy?
Harry przez chwilę stał zbity z tropu i wpatrywał się w ciotkę. Z talerza, który trzymał w rękach powoli ciekła woda, ochlapując nieskazitelnie czystą podłogę.
- Co ty robisz?! –wrzasnęła ciotka i zamachnęła się na niego ze ścierką – Wiesz jak długo ja tę podłogę dzisiaj szorowałam?!! Ty brudasie! – krzyknęła, a Harry uśmiechnął się, zadowolony z tego, że w jej zachowaniu w stosunku do niego nic się nie zmieniło.
- Czego się śmiejesz? Teraz będziesz mi czyś… - urwała, słysząc przeraźliwie głośny dzwonek do drzwi, a chwilę potem krzyk wuja Vernona:
- Kto tam się znowu dobija! Spać człowiekowi nie dają! – wrzasnął mężczyzna, ciężkim krokiem idąc w kierunku drzwi.
- Czego! – warknął, ale za chwilę zamilkł, widząc przed drzwiami młodą, ładną blondynkę.
- Pani do kogo? – zapytał, siląc się na miły uśmiech.
- Nazywam się Colette Smith, mieszkam w domu naprzeciwko. Czy zastałam Harry’ego?

Hmm...ciekawe co będzie dalej :). Nie wiem, kiedy pojawi się następna notka, prawdopodobnie wtedy, kiedy będę miałą czas ją napisać. Podrawiam serdecznie :*




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."

komentarze [5]

Rozdział VII >> czwartek, 5 lipica 2007 17:31:04
Wróciłam, więc dodaję notkę. Jest trochę później niż zwykle, ale ważne, że jest:). Co do konsekwencji jakie Harry poniesie, to nie mam w planach żadnych :P. Może i powinien, ale chyba dam sobie z tym spokój, bo burzy to całkowicie moją koncepcję i jakbym zaczęła się na ten temat rozpisywać, pewnie nigdy bym nie skończyła tego bloga :P. Ok, dość rozwlekania, czytajcie i komentujcie. Bardzo proszę wszystkich o jakikolwiek, chociażby mały ślad, bo chciałabym wiedziec, ilu mam czytelników.

Harry szedł ścieżką prowadzącą do swojego domu. Zastanawiał się jak dostać się do niego niezauważonym. Było po pierwszej, dość dużo czasu spędził u Colette. Kiedy zobaczył, że wszystkie światła są zgaszone, odetchnął z ulgą. Widocznie Dursleyowie nie przejęli się zbytnio jego nieobecnością. To nawet lepiej, bo już układał w głowie swoje wytłumaczenie i bardzo mozolnie mu to wychodziło. Miał zamiar powiedzieć, że...nawet sam nie wiedział, każda opcja wydawała mu się idiotyczna. Wszystkie były jednak bardziej wiarygodne, niż prawdziwa. Gdyby powiedział prawdę, ciotka, a już na pewno wuj, nie uwierzyliby mu. Dostałby szlaban za ponad trzy-godzinne spóźnienie a dodatkowo za kłamstwa.
Potter na palcach podszedł do drzwi i cichutko je otworzył, błogosławiąc zepsuty alarm, którego jeszcze nikt nie zdążył naprawić. Szybko przemknął przez hol i pobiegł na górę. Zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie plecami ciężko oddychając. Miał wielkie szczęście. Gdyby rodzina nie spała, byłby w niezłych tarapatach.
Potem podszedł do okna. U Colette cały czas paliło się światło. Zastanawiał się, jak ona się czuje. Bardzo chciał być teraz przy niej, pocieszać ją, gładzić piękne, jasne włosy. Przypomniał sobie jej twarz po dzisiejszym zdarzeniu. Była taka przerażona, zapłakana. Wyglądała jak mała, bezbronna dziewczynka. Ta wizja w ogóle nie pasowała do wizerunku silnej kobiety, który przez cała czas budowała. Harry uśmiechnął się. Zdecydowanie wolał ją taką delikatną. Czuł się wtedy za nią odpowiedzialny, wiedział, że taką dziewczyną powinien się opiekować. Może dobrze się stało, że dzisiaj wydarzyć się ten wypadek. Dzięki temu mógł jej zaimponować. W końcu zobaczyła w nim kogoś innego, niż tylko dzieciaka, który na siłę zabiega o jej względy.
Potter jeszcze długo stał i rozmyślając wpatrywał się w okno blondynki. Kiedy światło w jej pokoju w końcu zgasło, położył się do łóżka. Długo nie mógł jednak zasnąć, przewracał się z boku na bok. Nagle zerwał się, przy okazji rozrzucając dookoła siebie pościel. Jak mógł być taki głupi! Przecież już jutro...nie jutro, DZISIAJ wyjeżdża do Nory! „Cholera, co teraz, co teraz” myślał gorączkowo chodząc po pokoju. W końcu wpadł na pewnien pomysł. Zapalił światło, usiadł do biurka i wyciągnął z szuflady kawałek pergaminu. Nie mógł wyjechać, nie mógł zostawić Colette w takiej sytuacji. Nie teraz, kiedy w końcu zaczęła mu choć trochę ufać. W tej chwili nie myślał o tym, co będą czuli jego przyjaciele, kiedy dowiedzą się, że swoje siedemnaste urodziny spędzi z jakąś zupełnie im nie znaną dziewczyną. Nie zważając na to, że jest już trzecia w nocy, zamoczył pióro w atramencie i napisał:

Panie profesorze.

Wydarzyło się coś, co sprawiło, że nie mogę dzisiaj
jechać z Panem do Nory. Jestem tu potrzebny pewnej
osobie. Przepraszam, że nie zawiadomiłem Pana wcześniej,
ale sam dopiero dzisiaj się o tym dowiedziałem.
Na pewno napiszę, jeżeli się coś zmieni.
Jeszcze raz przepraszam i pozdrawiam.

Harry


Chłopak odłożył pióro i spojrzał na klatkę swojej sowy. Hedwiga spała właśnie smacznie, z łebkiem schowanym pod skrzydło. Nie chciał jej budzić, ale niestety, nie miał wyboru. Podszedł do niej cichutko i pogłaskał ją po piórkach. Sowa obudziła się i zahukała, patrząc na niego z wyrzutem.


****

Obudziło go dziwne stukanie. Postanowił na nie nie reagować i przewrócił się na drugi bok, otulając się szczelniej kołdrą. Kiedy jednak po kilku minutach stukanie nie ustawało, otworzył ze złością oczy. Sięgnął ręką na półkę i zdjął z niej okulary, które natychmiast założył na oczy. Potem spojrzał na zegarek. Dochodziła jedenasta. „Tak długo spałem?”- zdziwił się. Wstał z łóżka i już miał zamiar iść do łazienki, kiedy ponownie usłyszał stukanie, tym razem dużo głośniej. Odwrócił się i zobaczył za oknem Hedwigę, która pukała dziobem w szybę.
- Hedwigo! - zawołał Harry, wpuszczając ją do środka. - Już wróciłaś?
Sowa w odpowiedzi uszczypnęła do mocno w palec.
- Co jest? - zdziwił się Potter. - Co ty ro..Au! - krzyknął, kiedy Hedwiga ponownie go uszczypnęła.
Nagle przypomniał sobie o swojej obietnicy.
- No tak...Obiecałem Ci przysmak.
Chłopak sięgnął po sowie ciasteczka leżące na półce i dał je Hedwidze. Sowa, cicho pohukując, pofrunęła do swojej klatki.


****

Po obiedzie Harry postanowił pójść do Colette. Było mu trochę głupio tak nachodzić ją w domu, jednak nie mógł się oprzeć. Musiał sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku, czy dobrze się czuje. Nie wybaczyłby sobie, gdyby znowu coś jej się stało.
Pół godziny później stał już pod drzwiami przy Privet Drive 5, nieśmiało pukając. Po chwili, ukazała się w nich pani Smith.
- Harry! Jak miło, że wpadłeś! - ucieszyła się na jego widok.
- Ja...przyszedłem do Colette.
- Naturalnie. - uśmiechnęła się pani Marie. - Wchodź, wchodź proszę, tylko uprzedzam, że ona dzisiaj nie czuje się najlepiej.
Harry nieśmiało wszedł do domu. Mama Colette poprowadziła go schodami na górę, do pokoju swojej córki.
- Colette! - zawołała – Masz gościa!
- Nie chcę nikogo widzieć! - krzyknęła dziewczyna.
- Ale kochanie! - Pani Smith spojrzała na Harry'ego ze smutkiem.
- Proszę pani, może ja spróbuję. - szepnął Potter.
Pani Marie poszła do kuchni, a Harry powoli otworzył drzwi do pokoju Colette. Dziewczyna siedziała tyłem do niego, z nogami podkurczonymi pod brodą.
- Mogę? - zapytał cicho
- Mówiłam, że chcę być sama! - dziewczyna była bardzo zdenerwowana.
Harry podszedł do niej i położył jej rękę na ramieniu.
- Jesteś tego pewna?
Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na niego. W jej oczach szkliły się łzy.
- Harry, nie wiem co mam zrobić. - schowała twarz w dłoniach - Nie mogę sobie z tym poradzić. Wciąż mam przed oczami twarz tego obleśnego faceta! - zaczęła głośno szlochać.
Chłopak usiadł obok niej i delikatnie ją objął. Położyła mu głowę na ramieniu, mocząc przy tym obficie jego koszulę łzami.
- Nigdzie nie jadę – powiedział - Zostaję z Tobą w Londynie.
- Och Harry! - dziewczyna spojrzała na niego. - Dziękuję Ci, bardzo dziękuję. Zwariowałabym tutaj sama.
Harry popatrzył w jej oczy. Po raz pierwszy od kilkunastu dni zobaczył w nich to, co mu się tak bardzo podobało – radosne światełka. Wyglądały one tak pięknie, że chłopak nie miał już żadnych wątpliwości. Wiedział, że zrobił dobrze wysyłając do Dumbledore'a list mimo tak wczesnej pory. Zrozumiał, że oddałby wszystko, by móc widzieć w oczach Colette te cudowne światełka jak najczęściej.

Kolejna notka ukaże się prawdopodobnie ok. 20 lipca :D, bo wyjeżdżam nad morze. Pogoda jak na razie nie sprzyja kąpieli, ale i tak się cieszę. Mam nadzieję, że prognozy nie kłamią i od następnego tygodnia będzie ładnie. Pozrawiam was wszystkich bardzo serdecznie :*:*

EDIT
Kurde, nie jadę nad morze. Za brzydko, za deszczowo, za wietrznie i nie wiem jeszcze za jak:(. No ale to znaczy, że zostaję z wami, co z kolei znaczy, że nowa notka będzie wcześniej, nie wiem jeszcze kiedy. Narazie zapraszam do oceniania nowego wyglądu mojego bloga, który zawdzięczam Malwince:*. Całuski wszystkim.




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."



komentarze [12]

Rozdział VI >> sobota, 23 czerwca 2007 21:21:06
Piszę dalej. Notka trochę później, niz zwykle, ale w związku zakończeniem roku miałam tyle dodatkowych obowiązków i tyle się wydarzyło, że nie zdążyłam...Zresztą wtajemniczeni wiedzą o co chodzi. :P:P Zapraszam do czytania i komentowania :D.

Dziewczyna spojrzała na nieznajomego z przerażeniem. Nie wiedziała co zrobić, koleś wyglądał na niebezpiecznego. „To jakiś zboczeniec!” pomyślała i rzuciła się do ucieczki. Mężczyzna pobiegł za nią.
- Co ty taka dzika, mała, poczekaj! – krzyczał.
Colette biegła na oślep, co chwila potykając się o wystające płytki chodnikowe i kamienie. W pewnym momencie nie zauważyła krawężnika i…runęła na ziemię. Facet dogonił ją, chwycił za włosy i pociągnął w stronę pobliskich zarośli.
- Ratunku! – krzyczała Colette – Niech mi ktoś pomoże!!
Niestety, ulica była całkiem pusta. Dookoła nie było nawet domów, bo podczas biegu oddalili się od Privet Drive. Nikt więc nie mógł jej usłyszeć.
- Zamknij się! – wrzasnął mężczyzna i uderzył ją w twarz. Z nosa dziewczyny zaczęła lecieć krew – Nie udawaj takiej cnotki, przecież na pewno to lubisz… - dodał, zdzierając z niej bluzę.
- Zostaw, nie dotykaj mnie!! – blondynka krzyczała coraz głośniej.
Facet usiadł na niej okrakiem i wyciągnął nóż.
- Lala, bądź grzeczna i nie drzyj się, bo ci poderżnę gardło. – syknął, machając nim przed oczami przerażonej dziewczyny.
Colette umilkła, połykając łzy. Ten bydlak zaraz ją zgwałci, a ona nie może nic zrobić, nikt jej nie pomoże.
Mężczyzna, przygniatając blondynkę swoim ciałem, z pasją zrywał z niej kolejne części garderoby. Z łatwością można było dostrzec, że jest pijany. Zaczął szybko rozpinać swoje spodnie, gdy nagle…rozległ się huk. Colette zobaczyła snop czerwonego światła pędzącego w stronę pleców mężczyzny. Nie wiedziała co się dzieje. Facet, nie widząc niebezpieczeństwa, nie zdążył się uchylić. Trafiony strumieniem upadł na ziemię.
Dziewczyna najszybciej jak mogła zaczęła podnosić się z ziemi, ocierając ręką krew, która wciąż kapała jej z nosa. Spojrzała na siebie. Miała porwaną bluzkę, spodnie i zlepione krwią włosy. Nie wiedziała, jak w takim stanie pokaże się rodzicom. W tym momencie usłyszała znajomy głos.
- Mój Boże, Colette!
Odwróciła się i zobaczyła biegnącego w jej stronę Harry’ego. Z płaczem rzuciła się mu w ramiona.
- Harry, jak dobrze, że jesteś.
- Jesteś cała? Co ten bydlak ci zrobił? – zapytał chłopak drżącym głosem mocno ją przytulając.
- On bił mnie i groził i…Och Harry! – załkała dziewczyna. – On chciał mnie zgwałcić!
- A to sukinsyn. – zaklął pod nosem Potter – Nie bój się, wszystko będzie dobrze. Teraz musimy iść do domu i zadzwonić po lekarza.
- Nie zostawiaj mnie tam samej, błagam, nie zostawiaj! – krzyczała Colette, szlochając.
- Ciii... – powiedział Harry cicho, gładząc ją po włosach. - Będę cały czas przy tobie…


****

- Gdzie ona jest? – zastanawiała się pani Marie chodząc od okna do okna. – Od godziny powinna być w domu.
Spojrzała na zegarek. Dochodziła dwunasta. Colette nigdy się nie spóźniała, to było do niej niepodobne.
- Adam, co się mogło stać? – zapytała męża. Pan Smith siedział na kanapie oglądając telewizję.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Przestań histeryzować. Jest prawie dorosła, ma prawo czasami wrócić trochę później. – odezwał się pan Adam
- Co ty mówisz? – zdziwiona pani Marie szczelniej otuliła się szalem. – Jest młoda, mogło się jej coś stać, a ty jak gdyby nigdy nic wgapiasz się w telewizor?
- Wygadujesz jakieś bzdury! – zdenerwował się pan Adam – Jesteś nienormalna, czy co?! – krzyknął i wyszedł z salonu.
Pani Marie nadal niespokojnie chodziła po pokoju. Była już bardzo zdenerwowana. Jej córka nigdy nie spóźniała się dłużej niż kilkanaście minut. Nie sprawiała żadnych problemów wychowawczych, więc tym bardziej jej nieobecność była dla matki stresująca.
Kobieta zaparzyła sobie gorącej herbaty i usiadła na kanapie. Starała się uspokoić, ale marnie jej to wychodziło.
Po kilku minutach kubek był już prawie pusty, a nerwy pani Smith bardzo napięte. Nie wiedziała, co robi jej mąż, dlaczego tak się zdenerwował i uciekł z salonu. Właściwie nie interesowało jej to. Teraz myślała tylko o swoim dziecku.
Nagle usłyszała dzwonek do drzwi. Kiedy je otworzyła, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Stał w nich jakiś chłopak. Wydał jej się dziwnie znajomy.
- Dobry wieczór, nazywam się Harry Potter. Przyprowadziłem Colette.
Pani Marie odetchnęła z ulgą, ale nie na długo. Kiedy zobaczyła swoją poobijaną, zakrwawioną córkę, mało nie zemdlała z wrażenia.
- Dziecko kochane, kto cię tak urządził? – zapytała wpuszczając ją i chłopaka do domu.
Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko wtuliła się w matkę głośno szlochając. Pani Smith spojrzała pytająco na Harry’ego.
- Colette została napadnięta. – odpowiedział - Zaczepił ją jakiś pijany mężczyzna. Na szczęście, nic się nie stało.
- Ty ją uratowałeś? – zdziwiła się kobieta – Jak dałeś sobie radę? I jak to możliwe, że nie masz nawet najmniejszego zadrapania?
Harry wyglądał na zmieszanego.
- To… to nie było takie trudne, ten facet ledwo trzymał się na nogach. – powiedział - Jakoś sobie poradziłem.
Pani Smith uśmiechnęła się do niego. Potem ponownie spojrzała na Colette.
- Córeńko, nie płacz, już jest wszystko dobrze. Teraz musimy tylko coś zrobić z twoim nosem. – powiedziała ocierając łzy z policzków dziewczyny.
- Adam! – krzyknęła – Chodź szybko, Colette wróciła!
Pan Adam zjawił się po chwili, dość zdenerwowany.
- Gdzieś ty się włóczyła… - zaczął podniesionym tonem, lecz natychmiast umilkł, kiedy zobaczył stan córki. – Usiądź szybko na kanapie, zaraz cię opatrzę – powiedział i pobiegł na górę po torbę lekarską.
- Co się stało? – zapytał po powrocie, nastawiając jej nos.
Colette syknęła z bólu i ponownie zaniosła się płaczem. Pani Marie spojrzała z wyrzutem na męża.
- Lepiej nie pytaj… - powiedziała cicho.


****

Po opatrzeniu nosa i przemyciu ran, Colette poszła pod prysznic, Harry tymczasem z kubkiem herbaty w rękach usiadł na kanapie naprzeciwko państwa Smith.
- A więc Harvey – zaczął pan Adam.
- Harry – poprawili go jednocześnie pani Marie i Potter.
- No tak, Harry – pan Smith był wyraźnie zmieszany – Mógłbyś nam dokładniej opowiedzieć, co wydarzyło się dzisiaj Colette?
Harry opowiedział rodzicom dziewczyny, co zaszło. A właściwie tylko to, co wiedział, ponieważ nie widział całego przebiegu zdarzenia. Kiedy skończył opowiadać, pani Marie miała łzy w oczach, a pan Adam był wyraźnie wzburzony.
- Nie wiesz, co się stało z tym… - chciał przekląć, ale po chwili zamilkł, widząc minę żony.
- Nieważne – powiedziała pani Smith. – Nie wiem, jak Ci się odwdzięczymy za to, co zrobiłeś dla naszej córki, a zarazem również i dla nas. Jesteś takim porządnym, odważnym młodym człowiekiem, Harry.
Potter nie odpowiedział. Wiedział, że gdyby nie zaklęcie, którego użył, gdyby nie to, że atakował od tyłu, nie zdołałby obronić Colette. A oni uznali go za bohatera…

Nie wiem jak to będzie z następnym rozdziałem, bo wyjeżdżam na wieś, ale mam nadzieję, że zdążę napisać i wstawić w odpowiednim czasie :).




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."

komentarze [7]

Rozdział V >> czwartek, 14 czerwca 2007 21:59:32
Dzisiejsza notka będzie inna. Pokażę wam po części dramat, który rozgrywa się w domu głównej bohaterki. Przez to chcę wszystkim uświadomić, że moja opowieść nie będzie jednowątkowa. Odkrywam też dzisiaj przed wami rąbek tajemnicy, ale oczywiście nie całą. Kto wie, kiedy poznacie prawdę?

Krzyki dochodzące z kuchni obudziły Colette. Otworzyła oczy i spojrzała na zegarek. Była siódma rano. Chwyciła poduszkę i ze złością rzuciła ją na swoją głowę. Nie mogła już tego wytrzymać. Jej rodzice prawie codziennie się kłócili. Ojciec wypominał mamie błędy z przyszłości, a ona krzyczała, płakała i rzucała w jego stronę francuskie przekleństwa. Colette często dziwiła się, że ciągle są razem. Podejrzewała, że w ich sercach została jeszcze odrobina tej wielkiej miłości, którą kiedyś emanowali. Kiedyś…To bardzo dobre słowo. Faktycznie, kawał czasu już minęło, odkąd to się zmieniło. Prawie sześć lat.
Dziewczyna jeszcze bardziej przycisnęła do swoich uszu poduszkę, słysząc histeryczny płacz matki. Chciała uciec od rodziców, od tych awantur, wzajemnych oskarżeń. Było jej bardzo ciężko. Cieszyła się tylko, że większość roku spędza poza domem. Szkoła zastępowała go nawet całkiem nieźle. Wstyd było się jej do tego przyznać, ale czuła się tam dużo lepiej niż w willi przy Privet Drive 5.
- Ty…Jak możesz, jak możesz tak do mnie mówić!! – krzyczała matka
- Będę mówił jak mi się podoba! Pamiętaj, że to ty wszystko zaczęłaś!! – ojciec nie pozostawał jej dłużny.
- To było sześć lat temu!! Jaki ty jesteś pamiętliwy!
- Uwierz mi, że trudno jest zapomnieć takie upokorzenie. Ciężko wymazać z pamięci to, jak bardzo mnie oszukałaś. – w głosie ojca słychać było nutkę żalu.
Colette nie wytrzymała. Zerwała się z łóżka i pobiegła do łazienki. Weszła pod prysznic. Nie chciała, po prostu nie mogła tego słuchać. Wiedziała, że nie da rady pomóc swoim rodzicom. W końcu to od niej wszystko się zaczęło. Gdyby nie ona…byłoby dalej tak jak kiedyś. Mimo, że czasami już nie wytrzymywała, nie chciała, żeby doszło do rozwodu. Codziennie modliła się, żeby ojciec i matka doszli do porozumienia, chociaż powoli traciła nadzieję.
Kiedy weszła do kuchni, było całkiem cicho. Pan Adam siedział przy stole, kończąc czytać poranna gazetę. Widać było, że powstrzymuje się, żeby jeszcze bardziej nie dogadać mamie. Colette wstała, podeszła do niego i położyła mu rękę na ramieniu. Spojrzał na nią ze zdziwieniem i szybko odłożył magazyn. Chwycił stojącą obok teczkę i wyszedł z domu bez pożegnania. Po chwili dziewczyna usłyszała warkot samochodu. No tak. Do niej też ma żal. W końcu to ona zmarnowała jego małżeństwo.
- Nic nie jesz? – zapytała cicho pani Marie.
- Nie. Straciłam apetyt – odparła Colette i spojrzała na matkę. Kobieta miała oczy zapuchnięte od łez i ogólnie wyglądała na strasznie przygnębioną.
- Mamo, czy to jeszcze długo potrwa? – zapytała, odwracając głowę.
- Ale co? – pani Smith udawała zdziwioną.
- Przestań! – krzyknęła Colette – doskonale wiesz o co mi chodzi.
Mama usiadła przy niej i schowała twarz w dłoniach. Zaczęła cicho płakać. Dziewczyna od razu pożałowała, że tak na nią naskoczyła. Przytuliła ją bardzo mocno do siebie i położyła głowę na jej ramieniu.
- Przepraszam. – szepnęła. – dla mnie też jest to bardzo trudne.
- Wiem – powiedziała mama odsuwając się od niej i ocierając oczy. - Dlatego dobrze ci radzę. Jeżeli nie wyjaśniłaś czegoś ze swoim chłopakiem, albo masz przed nim jakąś tajemnicę, od razu mu to powiedz. Nie ukrywaj przed nim niczego, bo potem może być już za późno.
- Ale ja nie mam chłopaka. – odparła cicho Colette.
- Jak to? Przecież widziałam, że się całowałaś.
Dziewczyna westchnęła. A więc mama też to widziała. Ostatnio wszystkie sąsiadki, szczególnie te starsze, dziwnie na nią patrzą. Teraz już wiedziała dlaczego.
- Tak, ale nie wyszło. – Colette trudno było o tym mówić. Poszła więc szybko na górę. Kiedy była już w swoim pokoju, po raz setny spojrzała na okno Harry’ego. Była prawie pewna, że go w nim nie zobaczy. Faktycznie, żaluzje jak zwykle o tej porze były zasłonięte. Colette patrzyła na nie krótką chwilę, aż w końcu, zupełnie niespodziewanie…zaczęły się odsłaniać. W oknie pojawił się nikt inny, jak właśnie Potter. Obrzucił wzrokiem podwórko i dostrzegł Colette. Ich spojrzenia na moment się spotkały. Patrzyli na siebie bardzo krótko, ponieważ nagle odwrócił wzrok.
Dziewczyna stała jak zamurowana. Chociaż widziała oczy Harry’ego dosłownie przez sekundę, zauważyła w nich coś dziwnego. Tak jakby nadzieję. Tylko na co?
Potrząsnęła głową.
- Colette, jesteś świrnięta… - powiedziała cicho i usiadła na łóżku. Wzięła ze stolika swoją ulubioną książkę i starała się nie myśleć o Harry’m. W jej głowie jednak cały czas kołatały się słowa mamy: „Nie ukrywaj przed nim niczego, bo potem może być już za późno…”. Za nic nie mogła ich od siebie odpędzić. W końcu poddała się. Postanowiła, że kiedy będzie miała okazję, porozmawia z Potterem na temat ich pocałunku, wszystko wyjaśni. Nie będzie jednak mu się narzucać i robić niczego na siłę. Bała się, że potem znowu wszystko obróci się przeciwko niej, tak jak ostatnio.
Punktualnie o dziewiątej, jak zwykle wyszła na spacer. Długo chodziła alejkami, rozmyślając o rodzicach, o Harry’m. Obiecała sobie, że nie będzie niczego robiła na siłę, jednak teraz podświadomie chciała spotkać tego chłopaka. Znowu ciężko jej było siebie zrozumieć. Była cholernie niezdecydowana.
Odruchowo popatrzyła w stronę domu przy Privet Drive 4. Nie wiedziała na co liczyła, czego oczekiwała. I właśnie wtedy, po raz kolejny tego dnia, stało się coś zupełnie niespodziewanego. Z domu ktoś wychodził. Kiedy zapaliło się światło przed drzwiami, spostrzegła, że to Harry. Podążał w jej kierunku. Już chciała odwrócić się i odejść, kiedy pomyślała, że może to jakiś znak. Podeszła do chłopaka.
- Harry, myślę, że musimy porozmawiać. – powiedziała.
- O czym? – zapytał Potter bez większego zainteresowania.
- O tym, co się między nami wydarzyło. Czy naprawdę nic to dla Ciebie nie znaczyło? – Colette była bliska płaczu.
- Słuchaj, dziewczyno. Może byś się w końcu zdecydowała, co? Najpierw mówisz, że nie powinienem był Cię całować, a teraz wyskakujesz z takim tekstem? – powiedział chłopak ze złością.
- Ja… - zająknęła się blondynka.
- Dzisiaj nie mam czasu, by z Tobą rozmawiać. Muszę zacząć się pakować, wyszedłem tylko na chwilę. Jutro wyjeżdżam, więc lepiej będzie, jak zapomnimy o tym, co się wydarzyło.
- Wyjeżdżasz? – zdziwiła się Colette. – Gdzie?
- Jeżeli Cię to interesuje, to na resztę wakacji jadę do mojego przyjaciela. Wracam dopiero za rok. – Harry nie zwracał uwagi na coraz bardziej smutną twarz dziewczyny.
- A więc żegnaj, Colette. – powiedział wyciągając do niej rękę na pożegnanie. Nie uścisnęła jej. Po prostu odeszła. Już któryś raz z rzędu. Nigdy nie mogli skończyć rozmowy. Zawsze od siebie uciekali…
Colette szła drogą, a po jej policzkach płynęły gorzkie łzy. Jak mogła mu cokolwiek wyjaśnić, kiedy nawet nie dał jej dojść do słowa? Zamiast tego powiedział, że wyjeżdża. Teraz po raz kolejny przez niego płakała.
Nagle usłyszała jakiś szelest. Odwróciła się gwałtownie. Było już ciemno, więc niewiele widziała. Dostrzegła tylko zbliżającego się do niej rosłego mężczyznę.
- Hej malutka! – zawołał. – Gdzie idziesz? Jest zimno, może zatrzymamy się i Cię ogrzeję?
Dziewczyna przestraszyła się nie na żarty. Odruchowo sięgnęła do kieszeni ale…niczego w niej nie znalazła.

Ale z tego Harry'ego świnia. Kurcze, sama sobie się dziwię, że przedstawiam go w takim świetle, ale cóż...Tak ma być :P




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."

komentarze [9]

Rozdział IV >> środa, 6 czerwca 2007 22:24:12
Cześć wszystkim, dodaję notkę. Mam nadzieję, ze się wam spodoba :)

Harry stał jak zamroczony. Powoli zaczynało do niego docierać to, co zrobił. Pocałował dziewczynę, której prawie w ogóle nie znał, nie pytając jej nawet o zdanie. Co w niego wstąpiło? Przecież w normalnych warunkach nigdy by się tak nie zachował. Spojrzał na Colette. Stała nieruchomo, nie odzywając się, wpatrzona w chłopaka. Na jej twarzy malowało się…zadowolenie? Zdziwienie? Złość? Harry nie mógł tego odczytać. Mina dziewczyny była jakaś dziwna, w ogóle nie wyrażała jej uczuć.
- To nie powinno było się stać… - powiedziała Colette po długim milczeniu. – Ale…
- Przepraszam – Harry wszedł jej w słowo. – Nie powinienem był. To była taka chwila. Nie zapanowałem nad sobą.
Wypowiedział te słowa z wielkim żalem. Patrząc na nią, chciał powiedzieć coś zupełnie innego. Wyznać jej, że zrobił to, bo mu się strasznie podoba, pocałował ją by pokazać, że nie jest słaby, że jest coś wart. Już otwierał usta, by to powiedzieć, kiedy nagle je zamknął.
- Pójdę już. – powiedział cicho i odszedł do siebie, nie zwracając uwagi na reakcję Colette.
Dziewczyna poruszała bezgłośnie ustami. Była jak w transie. A więc to tak…To była tylko chwila zapomnienia. Ona głupia myślała, że podoba się Harry’emu, że chłopak czuje do niej to samo co ona do niego. A co właściwie ona do niego czuła? Zauroczenie? Sama nie mogła tego określić. Na pewno było to coś, co sprawiało, że kiedy widziała tego chłopaka miała motylki w brzuchu. Całując się z nim czuła dziwne mrowienie rozchodzące się po całym ciele. W chwili, kiedy do niej podszedł, doznała czegoś nowego, wspaniałego.
Miała już kilku chłopaków, ale nie czuła do nich niczego poważnego. Podrywali ją, podobała się im, więc zgadzała się na kilka randek, pocałunków. Robiła to, bo myślała, że każdego z nich kocha. Po jakimś czasie, docierało do niej, że niestety, myliła się. Zrywała wtedy z nimi, tłumacząc, że tak musi być, że to nie ich wina, że nie wie czego chce. I była sama. Całkiem sama.
Teraz miała nadzieję, że to się zmieni. Poznała chłopaka, który nie ślinił się na jej widok, wręcz przeciwnie, był niedostępny, nie chciał z nią na początku rozmawiać. Zaintrygował ją. Zgadzając się na pocałunek, potwierdziła przed samą sobą, że coś do niego czuje. I teraz to wszystko się rozsypało. Okazało się, że Harry tylko się nią bawił, przez tę krótką chwilę, nie mówiąc nic, okłamał ją.
Colette usiadła na ławce i rozpłakała się. Było jej tak ciężko na duszy. Łkała z twarzą schowaną w dłoniach. Postanowiła, że nie będzie się spotykać z Harry’m, że skończy to, czego właściwie nawet nie zaczęła. Zaniosła się szlochem. Płakała nad sobą, nad swoją urażoną

****

Harry siedział przy biurku w swoim pokoju. Właśnie odbył krótką, ale treściwą rozmowę z wujem Vernonem. Mężczyzna widział przez okno, jak chłopak całował się z Colette. Po powrocie, zawołał go do siebie.
- Czyś ty doszczętnie zgłupiał?! – naskoczył na niego
- Ja? – zapytał Harry, nie kryjąc zdziwienia.
- Tak, ty!! Co ty sobie wyobrażasz obściskując się z jakąś dziewuchą pod moim domem?
- Nigdy nie mówiłeś, że mi tego nie wolno – chłopak nadal nie bardzo rozumiał o co chodzi wujowi.
- Bo nigdy tego nie robiłeś!! – Dursley zrobił się purpurowy na twarzy. Zacisnął pięści i trzęsąc się ze złości resztkami sił powstrzymywał się od złapania Harry’ego za koszulę i zaciągnięcia go do pokoju bez kolacji.
- Nie rozumiem o co tyle hałasu. – powiedział całkiem spokojny nastolatek.
- A o to, że robisz ze mnie durnia przed sąsiadami. Jeszcze gotowi pomyśleć, że trzymam Bóg wie kogo w domu!!
- Nie wiedziałem, że publiczne okazywanie uczuć jest w tym kraju zabronione. Może to dlatego, że mało czasu spędzam w mieście. – powiedział cicho Harry z nutką ironii w głosie.
- W tej swojej szkole możesz robić co ci się żywnie podoba!! Nie obchodzi mnie to!! Tutaj masz się zachowywać porządnie, zrozumiano??!!
Wuj Vernon wyglądem przypominał dojrzałego buraka, więc Harry wolał się zbytnio nie narażać.
Szybko poszedł do swojego pokoju i zamknął drzwi na klucz. Usiadł przy biurku zamyślony. Dalej czuł się głupio. Teraz, pokłótni z wujem zdał sobie doskonale sprawę z tego, że Colette postąpiła właściwie mówiąc mu, że nie powinni byli się całować. On niestety nie miał w sobie nawet krzty dobrego smaku i nie pomyślał o tym. To było z jego strony takie kretyńskie zachowanie, że miał ochotę zapaść się pod ziemię. Wiedział, że po tym nie spotka się już z Colette, bo za bardzo się wstydzi.
Z zamyślenia wyrwało chłopaka stukanie. Spojrzał na okno, i zobaczył swoją sowę śnieżną – Hedwigę. Pośpiesznie podszedł do okna i ją wpuścił. Na powitanie jak zwykle uszczypnęła go delikatnie w palec i wyciągnęła nóżkę, do której był przywiązany zwitek pergaminu. Harry zdjął go i rozwinął.

Drogi Harry!

Jak Ci mijają wakacje? Mugole jeszcze nie pozabijali Ciebie
i siebie nawzajem ze złości?
My, to znaczy ja z rodziną i Hermiona jesteśmy w Norze. Jest
całkiem spoko, ale tęsknimy za Tobą. Dziewczyny całymi dnia-
mi mówią jakby chciały, żebyś przyjechał. Rozmawialiśmy już
nawet na ten temat z Dumbledorem i…zgodził się!! Jeżeli chcesz
(tylko spróbuj odmówić :P) zabierze Cię od mugoli dzień przed
Twoimi urodzinami. Wtedy moglibyśmy po raz pierwszy spędzić
je razem. Cool, nie?

Odpisz jak najszybciej
Ron

PS. Harry, przyjeżdżaj jak najszybciej, nie możemy się do-
czekać!! Pani Weasley już wyszukuje coraz to nowsze przepisy
na tort dla Ciebie, a bliźniacy…Zresztą sam zobaczysz 

Całuski
Hermiona


Harry skończył czytać i uśmiechnął się pod nosem. Jeszcze raz spojrzał na niechlujne pismo Rona i wciśnięty w róg pergaminu zapisek od Hermiony. Jak strasznie za nimi tęsknił. Chwycił pióro, namoczył jego koniuszek w atramencie i…zawahał się. Z jednej strony bardzo chciał spędzić swoje siedemnaste urodziny w Norze, z drugiej…czuł, że kiedy tam pojedzie, coś straci. Może uda mu się jeszcze pogodzić z Colette? Przecież, nie pocałował jej bez powodu. Bardzo mu się podobała. Ale, po tym co zrobił i tak nie będzie chciała z nim rozmawiać. Ponownie wziął pióro do ręki i napisał:

Kochani strasznie się cieszę, że mogę do was przyjechać.
Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy, spędzić z wami
moje siedemnaste urodziny. Czekajcie cierpliwie, został
już tylko tydzień! Szykujcie imprezę!! :D

Harry


Wstał od biurka i zawołał Hedwigę . Przywiązał pergamin do jej nóżki i wypuścił ja za okno. Długo jeszcze patrzył jak oddala się w stronę Nory. Był szczęśliwy, ale jednocześnie czuł taką dziwną pustkę…




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."



komentarze [11]

Rozdział III >> środa, 30 maja 2007 20:15:51
Ok, dodaję notkę. Będzie ona swego rodzaju przełomem w moim opowiadaniu. Jeszcze raz dziekuję za komentarze. Po raz pierwszy dostałam ich dziesięć za jeden rozdział. To mój rekord! :D. Dobra, nie przynudzam. Czytajcie!!

- Colette! Wychodź! - krzyczał pan Adam Smith stukając w drzwi łazienki. -Spóźnię się do pracy!
- Tato, przecież są wakacje. - ze spokojem odezwała się Colette.
- Wakacje, wakacje - Jak bym ja sobie zrobił wakacje, przynajmniej cztery osoby ominęła by dzisiaj niezbędna operacja. Pan Thomson, Watson, pani Hill - wyliczał.
- Pani Hill? - zdziwiła się Colette. - Ta miła staruszka z domu obok?
- Tak...- odpowiedział pan Smith wiążąc krawat. - Przywieźli ją wczoraj z objawami silnego zapalenia wyrostka. Dzisiaj mam robić jej operacje, więc wychodź szybko, bo zostało mi tylko pół godziny!
- Ok, ok. - wymruczała dziewczyna otwierając drzwi. - Jaki ty jesteś niecierpliwy - powiedziała do Ojca, otulając się szczelniej szlafrokiem. Zadzwoń po zabiegu i powiedz co z panią Hill.
Weszła po schodach na górę i udała się do swojego pokoju. Wycierając włosy zastanawiała się, co robi teraz Harry. Miała lekkie wyrzuty sumienia. Zdała sobie sprawę, że za ostro go potraktowała. Otworzył się przed nią, przeprosił, a ona zachowała się...ech głupio jej było nawet o tym myśleć.
Ubrała się i podeszła do okna. Naprzeciwko stał dom Harry'ego. Spojrzała na jego okno, ale żaluzje były zasłonięte. Widocznie chłopak jeszcze spał. Może pójść i przeprosić go jak wstanie?
- Głupia. - skarciła się w myślach. - chcesz pokazać, że masz wyrzuty sumienia? Że jesteś słaba? Wtedy zda sobie sprawę, że może robić z tobą co chce. Przecież to facet!
Postanowiła nie myśleć o tej sprawie. W końcu sama się rozwiąże. Został przecież jeszcze ponad miesiąc wakacji.
Zeszła na dół do kuchni i nalała sobie kawy. Jej mama - Marie Smith, wysoka szczupła blondynka, robiła właśnie śniadanie. Colette usiadła przy stole i nic nie mówiąc, obracała w dłoniach kubek z kawą.
- Coś się stało kochanie? - zapytała pani Smith jak zwykle po francusku. Pochodziła z Francji i jej córka także znała ten język. - Jesteś jakaś nieobecna.
- Mamo, co byś odpowiedziała mężczyźnie, gdyby zrobił Ci przykrość, a potem przepraszał?
- Jak to co? - zdziwiła się pani Marie. - Wybaczyłabym mu.
- Ale ja nie jestem pewna, czy jest tego wart. Nie wiem czy chce mu wybaczyć. - szepnęła Colette i schowała twarz w dłoniach.
- Nie martw się córeczko - powiedziała matka siadając obok dziewczyny. - Wszystko samo się ułoży. Jeżeli nie jesteś pewna, nie rób niczego pochopnie. Chociaż...
Po chwili milczenia postawiła przed nią talerz z jajecznicą.
- Zjedz, a potem, jeżeli chcesz, idź do niego. - rzekła z uśmiechem.
Colette podniosła widelec do ust, ale po chwili go odłożyła. Wstała o stołu i pobiegła na górę.
- Colette! - zawołała za nią pani Smith - A śniadanie?
Dziewczyna w pośpiechu czesała włosy. Pójdzie do niego, już to postanowiła. Jeżeli teraz tego nie zrobi, to już nigdy się nie zdobędzie na tą decyzję. Musi tylko jakoś wyglądać. Pociągnęła usta błyszczykiem i szybko nałożyła sweter. Nie było już tak zimno jak kilka dni temu, więc postanowiła nie brać kurtki. Spojrzała tylko ostatni raz w lustro i zbiegła na dół mało nie przewracając się po drodze. Nawet nie zauważyła, że na niebie zbierają się czarne, deszczowe chmury…
Wyszła z domu i poszła ścieżką wprost do willi Harry’ego. Nie wiedziała jeszcze, co powie jego ciotce lub wujowi, gdy otworzą jej drzwi, ani nawet jak ma zacząć rozmowę z Potterem.
W połowie drogi zawahała się. Co ona robi? Idzie przepraszać chłopaka? Właściwie za co? Za to, że powiedziała prawdę? O nie, nie będzie robiła z siebie idiotki. Szybko skręciła w najbliższą boczną uliczkę i jak gdyby nigdy nic ruszyła przed siebie wolnym krokiem.
Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Zachowywała się, jakby była nienormalna. Cały czas myślała o Harry’m. Kilka razy chciała go przepraszać, ale rezygnowała. Bała się iść do domu przy Privet Drive 4. Nie miała pojęcia dlaczego. Wychowywała się wśród chłopców, wiedziała więc jak z nimi postępować. Była też wygadana i nie dała sobie w kaszę dmuchać. Kiedy jakiś facet ordynarnie ją podrywał, nigdy nie wahała się dłużej niż pięć sekund by puścić mu wiązankę wyzwisk. Teraz, kiedy poznała Harry’ego, coś się w niej zmieniło. Niby była tą Colette co dawniej, ale straciła pewność siebie, która zawsze jej towarzyszyła. Poza tym, kiedy nakrzyczała na niego kilka dni temu, czuła się dziwnie. Tak, jakby obraziła też samą siebie. Nie rozumiała tego. Była pełna sprzeczności. Z jednej strony miała do Harry’ego jakąś dziwną słabość, z drugiej, jego zachowanie w różnych sytuacjach jej nie odpowiadało.
Trudno było jednak przyzwyczaić się do tego, że czuje miętę do jakiegoś chłopaka. Ona? Ta zawsze pewna siebie i niedostępna Colette? Och, niedobrze się działo, niedobrze.
Nagle poczuła kroplę wody, która spadła jej na głowę. Ku zdziwieniu dziewczyny zaczął padać deszcz. Zanim zdążyła się ruszyć, rozpętała się prawdziwa ulewa. Ludzie uciekali do domów zasłaniając się czy mogli: gazetami, kurtkami. Colette tylko na nich patrzyła. Nie interesowało ją to, czy zmoknie, zachoruje. Była wściekła na siebie i na Harry’ego, za to, że w ogóle go spotkała.


****

Kiedy Harry zorientował się, że na dworze pada, od razu podszedł do okna, by je zamknąć. Siłując się ze starym uchwytem, zauważył coś, co przyciągnęło jego wzrok. Po podwórku spacerowała Colette. Była ubrana tylko w spodnie i sweter, co podczas tej ulewy było całkowicie niezrozumiałe. Nie zastanawiając się zbyt długo Harry wybiegł z sypialni. Zszedł po schodach, złapał kurtkę i nie zważając na zdziwione miny Dursley'ów wyszedł przed dom.
- Colette! - krzyknął - Co ty robisz? Oszalałaś? Zobacz jak strasznie pada!
W dziewczynie zagotowało się ze złości. Znowu się wtrąca, ten cholerny Potter znowu się wtrąca!
- A może ja chcę zmoknąć?!! - wrzasnęła najgłośniej jak umiała. - Odwal się w końcu ode mnie Potter!!
Przez chwilę Harry'ego zamurowało. Nie wiedział co zrobić. Czuł się, jakby Colette uderzyła go w twarz. Jednak kiedy pierwszy szok minął, bez zastanowienia ruszył przed siebie.
- Nie, moja droga... - szepnął. - Nie pozwolę tak się traktować, nie pozwolę żebyś mną rządziła.
Podszedł do niej, kiedy najmniej się tego spodziewała i złapał ją w talii. Potem trzymając w mocnym uścisku pewnym ruchem przyciągnął do siebie.
- Jaka ty jesteś uparta... - powiedział odgarniając z jej czoła mokre włosy.
- Harry... - zaczęła Colette, ale nie zdążyła nic więcej powiedzieć, bo chłopak zamknął jej usta namiętnym pocałunkiem. Na początku się broniła, ale widząc, że nic nie wskóra, poddała się.
- Jestem cała mokra. - szepnęła w końcu, kiedy Potter skończył ją całować.
- Przecież chciałaś zmoknąć. - powiedział chłopak z uśmiechem i jeszcze mocniej ją przytulił.
Stali tak, całując się w deszczu, nie zwracając uwagi na nic. Ani na ludzi, którzy przechodzili obok, ani na całkiem przemoczone ubrania. Po prostu liczyli się tylko ona i on. Oni.

Po tym ostatnim zdaniu nasuwa mi się fragment piosenki: "Ona i on, niebo i grom..." Kurde, powoli dziwaczeję :D:D:D




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."

komentarze [9]

Rozdział II >> środa, 23 maja 2007 20:17:34
Moi kochani!
Dziękuję za wszystkie komentarze. Te na blogu i te w szkole, wśród znajomych. Mam nadzieję, że swoim pisaniem uda mi sie sprostać waszym oczekiwaniom. Póki co, zapraszam na kolejną notkę :).

Harry obudził się bardzo wcześnie. Długo leżał w łóżku wpatrując się w sufit. Mimo kilku przemyślanych godzin cały czas nie wiedział co robić. Colette bardzo go zaintrygowała. Dziwił się, że nie bała się podejść do niego późnym wieczorem, w końcu była całkiem sama. Ponadto, była pierwszą dziewczyną, oczywiście oprócz Hermiony, która odważyła się do niego zagadać. Wszystkie uczennice Hogwartu wstydziły się nawet spojrzeć w jego stronę. Przemykały tylko zarumienione, uśmiechając się i chichocząc pod nosem. Było to dla niego uciążliwe, bo od czasu nieudanego związku z Cho Chang nie mógł sobie znaleźć dziewczyny. Kiedy do jakiejś podchodził, żeby zaprosić ją do Hogsmande lub chociaż na spacer, patrzyły na niego jak na idiotę i uciekały. Wiedział, że po ostatnich plotkach które krążyły po zamku, o zbliżającej się walce z Voldemortem, wszyscy jeszcze bardziej zwracają na niego uwagę. Miał już tego serdecznie dość, ale zdawał sobie doskonale sprawę, że takie pogłoski są nieodłączną częścią jego życia. Cieszył się kiedy chociaż na chwilę mógł się od nich oderwać. Dlatego właśnie jeszcze bardziej myślał o Colette. Cieszył się z ich spotkania, ale zepsuł to wszystko jedną głupią odzywką. Nie rozumiał jak mógł tak beznadziejnie się zachować. Ona pierwsza zaczęła ich rozmowę, chciała mu jakoś pomóc, doradzić w sprawie Dursley’ów, a on olał ją tak po prostu. Jedyną dziewczynę, która się nim zainteresowała. Zachował się jak kretyn.
Nie powiedział jej też, że jest czarodziejem. Po prostu się bał. Bał się, że nie zaakceptuje tego, że nie jest normalnym człowiekiem. A z tego co wiedział, ona była mugolką.
- Cholerny tchórz!! – krzyknął i puknął się w głowę. Teraz jeszcze bardziej było mu głupio. Wstał z łóżka i podszedł do okna. Wyjrzał na zewnątrz, ale nie zauważył znajomej sylwetki. Postanowił, że wieczorem o tej samej porze znowu wymknie się z domu i pójdzie na alejkę, na której wczoraj się spotkali. Wyjaśni jej wszystko, przeprosi za swoje zachowanie i poprosi, żeby od nowa zaczęli swoją znajomość. Miał nadzieję, że będzie chciała go wysłuchać.


****

Tak jak postanowił, o dziesiątej wieczorem spacerował już na alejce łączącej Privet Driver z Magnolia Road i wypatrywał Colette. Niestety, nigdzie nie było jej widać. Usiadł na ławce i postanowił jakiś czas zaczekać. Przecież wspominała, że jest tu prawie codziennie. W takim razie tego dnia też powinna przyjść A może po wczorajszym incydencie skutecznie obrzydził jej spacery?
Po pół godzinie spędzonej na ławce, zaczęło mu się robić zimno. Pogoda się nie zmieniła, dalej było lodowato i wiał przeraźliwie chłodny wiatr. Wstał i zaczął przystępować z nogi na nogę próbując się rozgrzać.
- Przyjdzie, nie przyjdzie, przyjdzie, nie przyjdzie… - mruczał pod nosem w nieskończoność, skupiając się na tej myśli z całych sił. Kiedyś przecież udało mu się napuścić węża na Dudley’a, więc może teraz przyprowadzi tu Colette?
Kiedy po kilku minutach bezsensownego tupania nogami nic się nie wydarzyło, Harry nie wytrzymał.
- Cholera jasna!!! – zaklął głośno i ze złością kopnął w ławkę. Uderzył się przy tym boleśnie w duży palec u nogi. Chwycił za stopę i podskakując wymyślał coraz to nowsze przekleństwa.
- Przestaniesz się w końcu drzeć?? – usłyszał z oddali glos. JEJ głos. – Zachowujesz się jak idiota. Masz nie po kolei w głowie?
Chłopak zamarł. Nie mógł ruszyć się z miejsca.
- O kurde…Podziałało. – szepnął.
Nagle uświadomił sobie, że wypadałoby coś powiedzieć.
- Cześć – zagadał – Chciałem…
- Czego ty ode mnie chcesz, co Potter? – naskoczyła na niego – Jeżeli coś dotyczącego rozmowy, to źle trafiłeś, biuro porad zamknięte do odwołania.
- A co mogę zrobić, żeby je otworzyć? – zapytał nieśmiało.
- Nie wiem. Na razie daj mi spokój! – krzyknęła.
- Colette! – Harry podbiegł do niej. – Daj mi wytłumaczyć! Wczoraj też nie chciałaś mnie słuchać.
- No, co masz mi do powiedzenia??
- Wtedy jak odeszłaś chciałem powiedzieć Ci, że muszę iść do domu, bo jak zarobię szlaban, nie będę mógł się z Tobą więcej spotykać i rozmawiać. A zależy mi na tym, bo jesteś jedyną dziewczyną, która nie bała się zacząć ze mną rozmowy.
- Naprawdę? – spytała zaciekawiona Colette.
- Tak, naprawdę. Jakoś odrzucam od siebie moje koleżanki.
- Oho, tego nie da się nie zauważyć. – dziewczyna z całej siły starała się nie roześmiać. Nie chciała jednak mu dać tej satysfakcji. Wolała udawać, że nadal jest obrażona.
- Nie wierzysz mi? – zapytał Harry. – Ja się wywnętrzam, a ty znowu mi dajesz kosza?
- To za dużo powiedziane, Potter. Przecież my się prawie nie znamy.
Colette nie mogła zrozumieć Harry’ego. Był strasznie zmienny. Wczoraj zachowywał się jak nadęty macho, a teraz jak mały chłopiec. Postanowiła poczekać jak sprawy się dalej potoczą, nie dawać mu nadziei na bliższą znajomość. Nie była jeszcze pewna, czy chce się z nim spotykać.
- Dobrze. - powiedziała w końcu. - Ja spadam, bo starzy mnie zamordują. Tobie też radzę już iść i nie zadręczać mnie głupimi pytaniami. Dobranoc.
To mówiąc, Colette oddaliła się w stronę swojego domu. Harry przez chwilę stał jak ogłupiały, a potem szepnął tylko „cześć”, odwrócił się poszedł do siebie. Czuł, że ta dziewczyna swoją chłodną obojętnością jeszcze bardziej go pociąga…




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."





komentarze [11]

Rozdział I >> środa, 16 maja 2007 20:45:16
Dzisiaj, 16.05.2007r. Zaczyna się moja wielka przygoda z tym blogiem. Moje małe "dzieło" będzie historią miłości Harry'ego Pottera, ale może troszkę w innym stylu, niż zwykle blogi o tej tematyce. Z tego, co wiem takiej opowieści jeszcze nie było. A więc...zapraszam do czytania i komentowania :).

Wysokie drzewa rzucały swoje złowrogie cienie na Privet Drive. Gdyby nie gdzieniegdzie stojące latarnie, ulica byłaby całkiem ciemna. W domach dookoła powoli gasło światło, ludzie szykowali się do snu. Lato było dość chłodne, więc o dziesiątej wieczorem nikt nawet nie próbował wychodzić na dwór. Tylko nieliczni otwierali okna, by za chwile je zamknąć, przeklinając pogodę, która w połowie lipca powinna być zdecydowanie lepsza. Tylko jedna osoba na Privet Drive nie bała się chłodu. Wręcz przeciwnie, zachowywała się tak, jakby wiatr i zimno, które niósł ze sobą, w ogóle jej nie przeszkadzało. Niespełna siedemnastoletnia blondynka już trzeci raz przemierzała ulicę. Ubrana w czarną kurtkę i granatowe jeansy prawie wtapiała się w ciemne otoczenie. Spacerowała, myśląc o swoim życiu, rodzicach, którym od kilku lat nie układało się najlepiej. Wiedziała, że to po części jej wina. Gdyby nie to co się stało, tajemnica jej matki nigdy nie wyszła by na jaw. Tyle razy chciała porozmawiać o tym z ojcem, przekonać go aby złamał stereotypy, zaprzeczył głupim zabobonom w które zawsze wierzył. Nigdy jednak nie miała odwagi. Czuła, że tata nie traktuje jej tak jak kiedyś. Powstrzymywał się od każdej rozmowy z nią, jakby się po prostu bał. Było jej strasznie przykro, że z jednym dniem sześć lat temu, tak diametralnie zmieniły się ich relacje. Kiedyś spędzali ze sobą każdą wolną chwilę, a teraz prawie się do siebie nie odzywają. Starała się tego nie okazywać, zachowywać się normalnie, ale było to dla niej trudne. Nie chciała całkowicie odciąć się od jednej z najbliższych osób. Cieszyła się, że miała wsparcie w matce, ale nie było to tym samym co rozmowy z ojcem...
Nagle z zamyślenia wyrwał ją jakiś szelest. Odwróciła się lekko przestraszona i rozejrzała wokoło. O tej porze nigdy nikogo nie spotykała, a przecież spędzała tu prawie każdy wieczór, odkąd przyjechała do domu na wakacje. Zdziwiła się, kiedy ujrzała chłopaka który podobnie jak ona spacerował po Privet Drive. Była bardzo zaskoczona tym, że wcześniej go nie zauważyła, ponieważ wyglądał, jakby już od jakiegoś czasu przebywał na zimnie i wietrze. Jego czarne włosy były bardzo zmierzwione, a trochę zgrabiona postawa mogła świadczyć o tym, że trochę za lekko ubrał się wychodząc wieczorem na dwór. Chłopak zaciekawił blondynkę, więc kiedy przysiadł na ławce, podeszła do niego. Będąc już całkiem blisko, zobaczyła, że ma okrągłe okulary i dziwną bliznę na czole w kształcie błyskawicy.
- Cześć... - zaczęła trochę nieśmiało.
Chłopak nie odpowiedział.
- ...co tu robisz o tak późnej porze?
- Z policji jesteś?? - odezwał się ironicznie czarnowłosy.
- Nie, po prostu ciekawi mnie to. Rzadko kogokolwiek spotykam, a wierz mi, jestem tu prawie codziennie.
- Po prostu chcę pobyć sam, wystarczy? - chłopak nadal nie był zbyt miły.
- No to jest nas już dwoje - dziewczyna nie dawała za wygraną.
- Jeżeli chcesz być sama, to po co mnie zaczepiłaś?
- Zobaczyłam Cię i zdziwiłam się, bo kogoś mi przypominasz. - powiedziała blondynka z uśmiechem, przysiadając się do niego.
- Tak?? - zdziwił się - Kogo?
- Może najpierw się poznamy? Ja nie wiem nawet jak masz na imię a ty nie znasz mnie...Jestem Colette Smith.
- Harry Potter - odpowiedział chłopak podając jej rękę - Colette? Dziwne imię jak na Angielkę.
- Mówisz tak jak każdy kto mnie pierwszy raz spotyka - zaśmiała się - Moja matka jest Francuzką. Urodziłam się niedaleko Paryża.
- Twój ojciec jest z UK? - zapytał Harry.
- Tak. Mieszkam tu, ale uczę się we Francji. - odparła Colette.
- Ja też nie uczę się w Londynie.
- Tak? A gdzie?
- To specyficzna szkoła. Daleko stąd. - powiedział troszkę zmieszany chłopak.
- Rozumiem...Nie chcesz mówić, to nie mów. - Colette była trochę zawiedziona tym że chłopak nie chce jej powiedzieć niczego o sobie. Uznała, że po prostu to kwestia tego, że bardzo słabo się znają.
Zapadła niezręczna cisza. Przez chwilę ani Harry, ani Colette nie wiedzieli, co zrobić. Pierwsza odezwała się dziewczyna.
- To może mi w końcu opowiesz na moje pytanie?
Harry roześmiał się.
- Potrafisz dopiąć swego. Dobra, wygrałaś. Jestem tu, bo chciałem uwolnić się od atmosfery w domu.
- O, widzisz, znowu się zgadzamy. Ja jestem tu w tym samym celu. Nie mogę już znieść wiecznie awanturujących się rodziców.
- Mój wuj i ciotka mają przede wszystkim pretensje do mnie. Sami stanowią przykładne małżeństwo, o ile miłością ciotki można nazwać usługiwanie wujowi i Dudley'owi - mojemu kuzynowi.
- Aha. Ty jesteś dla nich, jak się domyślam, piątym kołem u wozu? - zapytała Colette.
- Tak, zgadłaś. Ale nie chce o tym mówić. Za dużo nasłuchuję się na ten temat w domu.
- Ok. To o czym pogadamy?
- Wiesz...Ja raczej... - zaczął Harry.
- Rozumiem, że w ogóle nie chcesz ze mną rozmawiać. W takim razie...nie będę Ci przeszkadzać. Może się jeszcze kiedyś zobaczymy na jakimś spacerze? Miło mi było Cię poznać, Harry. - powiedziała smutno Colette i odeszła.
- Zaczekaj!! - krzyknął za nią chłopak - Ja po prostu chciałem powiedzieć, że muszę już iść do domu, bo pewnie wuj i ciotka są już strasznie wściekli nie pozwolą mi wyjść jutro!
Colette nie usłyszała. Szła szybkim krokiem nie odwracając się za siebie.
Harry był zły. Miał okazję poznać bliżej a może nawet zaprzyjaźnić się z naprawdę fajną dziewczyną, a teraz to zepsuł. Było po północy. Wściekły na siebie poczłapał do domu pewien, że Dursleyowie tylko czekają, żeby za spóźnienie zamknąć go w sypialni na klucz na resztę wakacji.




"Póki jeszcze twoje serce
nie przestało dla mnie bić,
w twoich oczach mam następny świt
i więcej nie potrzeba mi.
Nie zabierze tego nikt... Póki jesteś..."

komentarze [10]



Menu


»Strona główna
»Od autorki
»Pokochaj
»Napisz do mnie
»Zobacz, co napisali inni

Ale to już było...

Część I:
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII Rozdział IX Rozdział X

Część II:
Rozdział I Rozdział II Rozdział III

Ulubieni


kocham-cielily-evans-diarynigdy-twoja-nigdy-mojby-odnalezc-siebie

Inni kochani:
desire61
kuferek-lillyanne

Oceny blogów:
fanfick-hp-oceny
legiliments
oceny-fanfiction
hp-ocenki




Odwiedziło mnie...
czarodziejów


Projekt

Wykonała »Megan tylko i wyłącznie dla »Flames of love, więc łapy precz, bo AVADĄ strzelę!!


Rozrywkowi.pl